— Dlaczego mam od razu skonać? — rzekłem ponurym głosem. — Czy nie mógłbym się o tym wszystkim dowiedzieć za mniejszą cenę?

— Bardzo pana przepraszam, ale mi się tylko tak wyrwało. Ja mam gębę, że nie daj Panie Boże! Ale panu przecież też nic nie brakuje, sądząc po tym, co pan wypisuje.

Czy mnie słuch nie myli? Ponura Narcyza niezbyt zbłądziła, oznajmiając przyjście „pannicy”. Zuchwałość „zadartego nosa” zaczynała przekraczać wszelkie granice przyzwoitości — obrażał mnie na moim własnym terytorium, jednym tchem przypisując mi swoje własne, pyskate właściwości. Do stu tysięcy kosmatych Rolmopsów, mam tego dość! Zadzwonię na Narcyzę, dam jej niewidoczny znak, a „zadarty nos” wraz ze swym paskudnym kundlem rozwieje się we mgle, w czasie i przestrzeni. Straszliwa ta myśl musiała się odbić w moim spojrzeniu, panienka bowiem — znowu z niewypowiedzianą, zuchwałą odwagą — pogłaskała niespodzianie moją rękę i nie powiedziała, lecz zakwiliła cichutko:

— O, pan się znowu gniewa!

— Bo chciałbym wreszcie wiedzieć... — zacząłem twardo i nieuprzejmie, ale nie miałem czasu, aby skończyć.

Oczy panienki zwilgotniały, pociągnęła zadartym nosem trzy razy, a po chwili, jak gdyby przypomniawszy sobie, że trzeba to uczynić do pary — po raz czwarty; złapała się ręką za zuchwałą głowę i zawołała smętnie, nawet z żałością:

— O, ja nieszczęśliwa... Cokolwiek zrobię, wszystko źle; cokolwiek powiem, jeszcze gorzej... Ja się chyba zabiję... Niech się pan nade mną nie lituje! Ja jestem przeklęta przez los i Pan Bóg mnie się wyrzekł...

— Ależ, proszę pani...

— Nie, nie, niech mnie pan nie pociesza. Ja chcę umrzeć!

— Nie tu! — krzyknąłem przerażony.