— Niestety nie. Dostałem go od malarza.

„Zadarty nos” spojrzał na mnie jak gdyby z wyrzutem i rzekł niby do siebie:

— Potem się ludzie dziwią, że malarze chodzą bez butów! Niech się pan nie gniewa — dodała głośniej — ja właściwie nie do pana to mówię. Malarz i literat to jedna rodzina, więc sobie robią podarunki, chociaż żaden malarz jeszcze w życiu swoim nie przeczytał książki, którą dostał od literata. Czasem nią tylko pali w piecu albo rzuci za psem... Ale innych to bym utłukła w moździerzu...

— Kogo na ten przykład?

— Tych wszystkich, co umieją od niemądrego malarza wycyganić za darmo obraz. Proszę pana! Pan nie ma pojęcia o tym, ile Zawidzki rozdał obrazów!

— Czy być może?!

— Może być, skoro ja panu o tym mówię.

— Pani go zna osobiście?

Panienka, rzuciwszy klątwę na wszystkich opryszków krzywdzących malarzy, rozpogodziła się niespodzianie, uśmiechnęła lekko, a potem ciężko usiadła w fotelu.

— Czy ja go znam?! Pan skona ze śmiechu, skoro pan się dowie, jak ja go dobrze znam.