Nagle ją coś poderwało. Zbliżyła się szybko do ściany, na której złocił się i czerwienił, i gorzał żywą purpurą obrazek malarza, który sam był płomieniem gorejącym i zdawało się, że malował ogniem. Artysta ten od dawna już malował świty i zachody na niebie, bo od dnia jego śmierci niebo było świetniej niż zazwyczaj barwne i grało kolorami. Obraz nie był podpisany, panienka zaś wymówiła nazwisko głosem, w którym drżało wzruszenie i tkliwość.
Zdumiało mnie to cokolwiek.
— Widziała pani kiedyś jego obrazy?
— Tak. Widziałam dwa, a ten jest trzeci. To był cudowny malarz!
— Mój przyjaciel — rzekłem cicho. — Umarł młodo...
— Ja wiem...
— Skąd pani o tym wie?
— O, ja wiem bardzo wiele o malarzach. Wszystko panu opowiem, ale nie tak od razu. A ten obrazek... Boże miły! Przecież to Zawidzki...
— Tak, to Zawidzki. Ładny, prawda?
— Śliczny, a nie ładny. Przepraszam pana... Czy pan kupił ten obraz?