Otóż to! Nie mogła uśmiechem, pokonała mnie groźbą łez, a ludzkości wiadomo przecież, co w tym zakresie potrafi szesnastoletnia dama, która ma zadarty nos (i psa). Tego tylko jeszcze potrzeba, aby ten kundel pomógł jej w koncercie. Poddałem się — o boleści! I pragnąc zachować pozory, rzekłem niby niefrasobliwie:
— Jak się ta psina nazywa? Rolly? Czemu tak z angielska?
Panienka wyżłobiła od razu dwa dołeczki, błysnęła oczami złociście i powiada:
— Ten ogoniasty nazywa się Rolly tylko podczas wizyt! Na co dzień zwie się Rolmops. Czy pan wie, co to takiego? Jest to śledź zwinięty w kłębek, nadziany cebulą i przekłuty patyczkiem, aby się nie rozwinął. Ogoniasty, gdy śpi, bardzo jest podobny do rolmopsa. Niech pan spojrzy!
Ogoniasty zwinął się w kłębek i zapadł w sen, czasem tylko, usłyszawszy swoje fałszywe imię, łypnął świńskim okiem.
Wyznanie to obudziło na nowo moją zasypiającą czujność. Nie podobało mi się to niewinne na pozór szalbierstwo z imieniem kosmatego indywiduum. Wprawdzie panienki mają przedziwny zwyczaj przekręcania własnych imion, wskutek czego Petronela w metryce zowie się na użytek domowy Kizia, a Magdalena — Dolly, jednakże niepojęty ten proceder nie był nigdy dotąd stosowany wobec psiego gatunku. Uczciwemu psu wystarczało jedno, niewzruszone psie imię.
Przeniosłem baczne spojrzenie z psa na panienkę, która zdołała już zapomnieć o gadaniu na temat swojego niewydarzonego kundla i z żywością muchy przeniosła się na inny temat.
— Jak tu u pana ładnie! — rzekła, patrząc na ściany zawieszone natłokiem obrazów.
— Tak sobie — bąknąłem.
— Wcale nie „tak sobie”! — zawołał z przekonaniem „zadarty nos”. — Ślicznie jest u pana!