— Nic panu nie jest? — Ewcia uśmiechnęła się tkliwie. — Bardzo mnie pan przestraszył... Ja jestem wprawdzie córką lekarza, lecz taka jestem głupia, że nigdy nie wiem, co trzeba robić, gdy się komuś zrobi słabo. Pan się niepotrzebnie wzruszył... Jeśli pan chce, to ja zamknę okno, ale myślę, że panu dlatego się zrobiło jakoś tak, bo tu było nieznośnie duszno... Już dobrze? Proszę pana, niech się pan uspokoi!
Mówiąc to, uniosła się z kanapy, zbliżyła się do stołu i ręką poczęła gładzić jego dłoń.
Pana Mudrowicza przebiegł nagły, krótki dreszcz, jakby uderzył w niego mocny prąd elektryczny. Chciał cofnąć rękę, ale nie mógł. Stężała tak, jakby była z ołowiu. Stary, straszliwie brzydki człowiek przymknął oczy.
Ewcia usiadła znowu na kanapie i patrzyła w niego z nieudawaną litością. Nie mówił nic. Siedział nieruchomy — jakby mocą nieznaną pobity, do niczego niezdolny.
— Czy mogę coś powiedzieć? — spytała dziewczyna po chwili.
Starzec nie odpowiadał i wciąż miał oczy zamknięte.
— Wtargnęłam tutaj — mówiła Ewcia, nie doczekawszy się pozwolenia — bo ja mam naprawdę wielką i ważną do pana sprawę. Jednak nie będę teraz o tym mówić... Jeżeli pan pozwoli, przyjdę z tym jutro. Ale przedtem muszę panu powiedzieć, że mi pana serdecznie żal...
Stary człowiek otworzył nagle oczy i patrzył na nią jak urzeczony.
— A tak — mówiła dziewczyna cicho. — Jestem tu od godziny i już wiem wszystko. Pan jest bardzo biedny, bo pan jest sam.
Tamten drgnął.