— Ten Paweł się nie liczy. Co tam taki Paweł! Nie wiem dobrze, ale niemal pewna jestem, że pan jest bardzo samotny. Gdyby tak nie było, to mieszkanie nie byłoby takie okropne. Słowo panu daję, że naprawdę tu jeszcze przyjdę. Ja nie robię z gęby cholewy. Gdybym była wiedziała, jak tu jest u pana, byłabym przyniosła trochę kwiatków. Za dwa złote można o tej porze kupić tyle kwiatów, że byłoby tu wesoło. I pelargonie powinny być w oknie. Żeby pan miał chociaż psa! Ja mam takiego psa opryszka, że boki można zrywać. Przyprowadzę go do pana... Ale teraz to już sobie pójdę... Ten pakunek, co stoi pod piecem, zostawię, bo to ciężkie, a sama przyjdę jutro... Czy pan pozwoli?

Stary człowiek, który tej gadaniny słuchał jak nieprzytomny, westchnął ciężko i długo nie odpowiadał. Patrzył na dziewczynę, a jej się wydawało, że w jego spojrzeniu zamgliło się wreszcie coś żywego — smutek.

— Nie odchodź — rzekł wreszcie bardzo cicho.

Nie powiedział ani „pani”, ani „panna”, ani bezosobowo, ani pogardliwie.

— Mogę jeszcze zostać? — zapytała Ewcia łakomie.

— Nie odchodź, dziecko! — powtórzył bezbarwnym głosem.

— Dobrze, proszę pana.

Jak gdyby sobie coś przypomniała, zaczęła szukać czegoś w torebce, położonej na kanapie. Zmarszczyła czoło, bo nie mogła znaleźć. Z niepewnym uśmiechem zwróciła się do pana Mudrowicza:

— Czy pan może mi pożyczyć chusteczkę?

On, jak gdyby w pierwszej chwili nie zrozumiał, zastanowił się, skinął głową i wydobył z kieszeni zgniecioną i prawie białą chusteczkę.