— Tego Pawła powinno się wziąć na męki — mruknęła Ewcia, przyglądając się smętnemu skrawkowi.

Podeszła spokojnie do okna i powiała nią trzykrotnie jak sztandarem. Pan Szymbart na ten widok odczepił się od latarni, skinął ręką na pożegnanie i rozwiał się w srebrzystą mgłę.

Stary człowiek patrzył na te praktyki bez zdziwienia.

— To znak dla odsieczy? — zapytał głosem ogromnie zmęczonym i wysilonym.

— Tak, proszę pana! — odpowiedziała Ewcia śmiało.

— To ten sam, co pytał o kanonika?

— Tak! — odrzekła z uśmiechem. — Nie wiem, jak mu to strzeliło do głowy.

— Kto to był?

— Mój znajomy. Dałam mu znak, aby sobie poszedł, bo jestem bezpieczna.

— Bałaś się, gdy szłaś do mnie?