— Trochę się bałam...

— Ktoś cię uprzedził. Czy to zmowa?

W pięknym jego głosie zadrżał smutek.

Ewcia podniosła się i mówiła z wielką powagą:

— Przysięgam panu na Boga, że przyszłam do pana bez niczyjej wiedzy. Jak mego ojca kocham, bo ja nie mam matki... Dowie się pan, po co przyszłam i dlaczego właśnie ja. Ten pan, co tam czekał na ulicy, pomógł mi przynieść ciężki pakunek i sam się zaofiarował, że będzie na mnie czekał. Przecież pan mnie mógł wyrzucić przez okno, a ja się naprawdę dziwię, że pan tego nie uczynił. Teraz mu dałam znak, bo już się niczego nie boję i wiem, że pan mnie wysłucha. Czy mi pan wierzy, dobry, kochany panie?

Ewcia była bliska płaczu.

Zdawało się, że stary człowiek przygląda się każdemu jej słowu pilnie i natarczywie.

— Wierzę ci — rzekł wreszcie cicho — Może jestem głupi, ale ci wierzę.

— Ale pięty to mi pan chciał przypiec — uśmiechnęła się Ewcia przez łzy. — Niech pan powie temu Pawłowi, aby nie marnował gazu.

— U mnie nie ma gazu.