— Nawet gazu nie ma? Ładne gospodarstwo! Pan jest bardzo wesołym człowiekiem... Z tym pogrzebaczem to było paradne. Czemu pan tak na mnie patrzy? Niech się pan chociaż raz jeden do mnie uśmiechnie. Ja się śmieję do wszystkich jak głupia, ale za to ktoś się czasem do mnie uśmiechnie. I niech pan powie coś miłego. Czy pan wie, że pan ma śliczny głos, o ile pan nie krzyczy?

Stary człowiek spojrzał na nią jakby z przerażeniem.

— Jaki ja mam głos?

— Niezmiernie miły... Prawie jedwabny...

Z panem Mudrowiczem działy się jakieś nadzwyczajne historie. Podniósł się i zaczął krążyć po pokoju tam i z powrotem, tam i z powrotem. Już nie miał tej hardej, zaczepnej postawy, co przed godziną, bo głowę, straszliwie brzydką głowę wtulił w ramiona, jakby ją coś przygniotło, ręce założył za siebie i tak wędrował jak człowiek, za którym wlecze się troska, a om przed nią uchodzi. Nie może jednak umknąć daleko, bo maszeruje jak więzień od ściany do ściany. Zdawało się, że zapomniał o obecności dziewczyny. W pewnej chwili znalazł się przy otwartym oknie i z widocznym lękiem i jakby z odrazą wyjrzał na ulicę. Cofnął się i znowu powrócił do okna. Spojrzał spode łba na błękitne niebo i zmrużył oczy.

— Śliczny dzień, proszę pana — rzekła Ewcia. — Oj, jest mi tak przyjemnie, że panu coś zaproponuję: chodźmy na spacer!

Dzień był istotnie śliczny, lecz z nieskazitelnym błękitem to musiało być jakieś szachrajstwo, albowiem z jasnego nieba strzelił w tej chwili piorun i ugodził wprost w głowę pana Mudrowicza. Nie było wprawdzie błysku, nie było huku, ale coś piorunującego być musiało, bo stary człowiek zachwiał się, odwrócił i spojrzał błędnie. Sprawiał wrażenie chorego, a od niejakiego czasu bardzo chorego.

— Ty... Ty... Poszłabyś ze mną na spacer? — wyjąkał cicho.

— A czemuż by nie? Nawet pod rękę! Z ojcem chodziłam zawsze pod rękę i zawsze go szczypałam w ramię, ile razy miał się komuś odkłonić, bo taki zazwyczaj był zamyślony, że się czasem kłaniał drzewu, a nigdy znajomym.

— Ja nie mam żadnych znajomych — mruknął on.