— Kogo: „nas”?
— Wszystkich, co mają jeszcze kiełbie we łbie, więc i mnie. Co pan myśli, że ja nie wiem, jakie rozmaite podlotki pisują do pana listy? My w szkole wszystko wiemy.
— Owszem, pisują. I cóż z tego?
— To z tego, że pan powinien nas bronić w nieszczęściu i nie pozwolić nikogo skrzywdzić.
Długo byłem spokojny. Długo byłem cierpliwy. W tej chwili jednak ogarnął mnie gniew.
— Cóż ty sobie wyobrażasz, szalona dziewczyno — urągałem nielitościwie — że ja będę z uczciwymi ludźmi toczył wojnę o sto tysięcy podlotków, którym się podobało narobić sto tysięcy głupstw? Cicho bądź, kundlu! — ta apostrofa zwrócona była w stronę Rolmopsa, który niebezpiecznie zawarczał i łypał oczami w moim kierunku. — Co sobie panienka wyobraża? Nie wiem, o co idzie, ale nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Niech pani uspokoi tego psa, bo go wyrzucę przez okno! Skoro panienka nawarzyła piwa, niech je teraz wypije. Może pani kogoś zamordowała?
— Nie miałam czym — rzekła ona zuchwale.
— To całe szczęście. Zresztą to wszystko jedno!
Panna Ewa patrzyła na mnie przenikliwie, a równocześnie z uśmiechem nieco drwiącym.
— Pan jest bardzo kochany! — rzekła wreszcie. — Pan niezbyt zręcznie udaje takiego, co się okropnie złości.