— Ewa opowiedziała mi o wszystkim i niech się pan już nie trudzi. To dzielna dziewczyna. Czy napije się pan wina?
— Nie! — odrzekłem. — Ale jeżeli ma pan truciznę...
Rozdział drugi, w którym na scenę wchodzą uczciwi ludzie, bakcyle cholery i złodziejski pies
Hieronim Tyszowski miał niewiele ponad czterdzieści lat, a już europejską cieszył się sławą. Głośne były jego badania zarazków dżumy, cholery i innych ich bliskich kuzynów, trapiących ludzkość. Prace jego na te ponure tematy tłumaczone były na wiele języków. Obok słynnych matematyków polskich, którzy zdobyli światową sławę, Tyszowski pozyskał ją w swej dziedzinie dla wspaniałej polskiej nauki. Pracował z tą namiętną, rozgorzałą zapamiętałością, równą największemu bohaterstwu, wobec której nawet posępne okrucieństwo przyrody staje się bezradne i musi zdradzić człowiekowi swoje tajemnice. W tej walce, nieustępliwej i nieustającej, którą rozpoczął Prometeusz15, wykradłszy ogień dla struchlałej w mrokach i zimnie ludzkości, padło już wielu wspaniałych ludzi. Skazywali sami siebie na męczarnie, na kalectwo i na śmierć; lecz jak miejsce poległego żołnierza natychmiast zajmuje inny, tak na stanowisku, na którym padł wielki uczony, zjawia się w tejże samej chwili ktoś nowy, młodszy, równie odważny. Tak jest nieodmiennie od wieków. Jeden z bohaterów pada, „aby poległym ciałem dać innym szczebel do sławy grodu”16. Ten, co zajmuje opróżnione stanowisko, zjawia się bez lęku: radosny, słoneczny i szczęśliwy. Rozpoczyna dzieło w tym miejscu, w którym tamten je przerwał. Zadanie musi być spełnione, choćby śmierć zabijała legiony uczonych.
Tyszowski badał najstraszliwsze drobnoustroje, ani przez chwilę nie myśląc o tym, że sto razy dziennie dotyka śmierci, zamkniętej w szkiełku. Jego jasne oczy patrzyły z usilnym natężeniem w mikroskop — czujne, mądre i bystre. Było w nim coś z dziecka, gdy wychodził z pracowni. Nikt by nie przypuścił, patrząc na tego radosnego człowieka, śmiejącego się do słońca, że przed chwilą odsłaniał najbardziej posępne, najgłębiej ukryte tajemnice życia i śmierci. Uczciwe swoje serce dzielił sprawiedliwie pomiędzy naukę i córkę. Po stracie żony nie miał niczego droższego na świecie, nie dbał zaś o siebie jedynie. Było mu zupełnie obojętne, czy jadł obiad i czy jest przyzwoicie odziany. Brodaty Czas wydzierał sobie włosy z sędziwej brody, widząc, jak ten człowiek nie zdaje sobie sprawy z prawidłowego następstwa godzin i żyje bez zwracania uwagi na dowcipny przyrząd zwany czasomierzem. Tyszowski, zasiadłszy w miłym, choć głucho milczącym, towarzystwie zarazków dżumy, nie zauważał niekiedy, że minęła noc i że nowe ukazało się słońce. Zarazki były znudzone i zmęczone — on nigdy. Patrzył przez chwilę w rozjaśnione świtem okno i starał się sobie przypomnieć, czy to jeszcze wieczór czy już rano? Dopiero dobrzy ludzie w białych kitlach, zjawiający się w laboratorium, podawali mu ścisłe o tym wiadomości. Powracał przeto do domu, mocno zatrwożony oczekiwaniem zgiełkliwej awantury, którą mu z wszelką pewnością urządzi córka.
Panna Ewa, nieco większa od zarazka dżumy, lecz równie ruchliwa i groźna, wychowywała się pod opieką dobrej kobiety, którą z matką Ewy łączyła cienka pajęczyna jakiegoś pokrewieństwa. Pani Halicka miała wielkie serce, lecz nieco mniejszy rozsądek, który sztukowała nieprzebraną poczciwością — co miało ten nieoczekiwany skutek, że nie ona wiodła przez życie brzdąca, zwanego Ewą, lecz brzdąc, zwany Ewą, wiódł przez zasadzki żywota pulchną i wiecznie jakby zatrwożoną panią Halicką. Nie ulegało natomiast żadnej wątpliwości, że gdy ją Bóg kiedyś powoła do swojej chwały, każe jej dać w niebie najbardziej zaciszny kącik w nagrodę za niepoliczone utrapienia, które były jej udziałem w domu spokojnego pana Tyszowskiego i niespokojnej panny Ewy.
Wieczna trwoga na rumianym obliczu dobrej kobiety mogła się wywodzić z jej owczej bezbronności wobec podstępnej złości świata, nierównie więcej jednak przemawia za tym, że owego strachu napędził jej pan Hieronim Tyszowski. Wiadomo jej było, że on i cholera to jedno. O cholerze miała z dawna wyrobione zdanie, któremu trudno było odmówić słuszności; była zaś głęboko przekonana, że jeśli nawet lekkomyślny ten człowiek nie połyka cholery dla zwyczajnej igraszki, z pewnością jednak nosi ją przy sobie. Zdarzało się czasem, że siedząc w jej towarzystwie przy stole, wyjmował nagle z kieszeni kamizelki maleńką, szklaną probówkę i pilnie się w nią wpatrywał. Wtedy uciekała z krzykiem, pytając Boga zbielałymi ustami, w jakim celu stworzył takich szaleńców. Za żadne skarby świata nie byłaby dotknęła odzienia pana Tyszowskiego, któż bowiem mógł zaręczyć, czy nie siedzi na nim dorodny bakcyl dżumy, ojciec licznej rodziny? Ze strachem patrzyła, jak Ewa rzucała się na szyję ojcu, powracającemu z pracowni pełnej „morowego powietrza”17. Kochała dziewczynkę wszystką mocą opasłej duszy i dlatego jedynie nie uciekła dotąd z tego domu śmierci, w którym wedle jej głębokiego przekonania tak latały bakcyle jak gdzie indziej mole. Potajemnie, gdy zostawała w nim sama, paliła paskudne kadzidła, tak zwane trociczki, które miały swym zapachem zakatrupić nienawistne zarazki. Zaprawdę obrany z rozumu byłby srogi bakcyl, gdyby się podczas palenia tych wonności zbliżył na odległość kilometra. Żaden się przeto na to nie ważył, największy nawet lekkoduch; za to dobra pani Halicka kładła się do łóżka na trzy dni, z głową owiniętą mokrym ręcznikiem, i jęczała cichutko — takie bowiem potężne zapachy biły od owych kadzideł. Pan Tyszowski na próżno tłumaczył zacnej kobiecinie, że będzie żyła szczęśliwie sto siedem lat, jedenaście miesięcy i dwadzieścia dziewięć dni.
Pani Halicka miała bliską rodzinę gdzieś pod Krakowem18 i od lat ośmiu, spędzonych w domu Tyszowskich, wybierała się do niej w każde wielkie święta; w zimie jednak było na podróż za zimno, na wiosnę zaś padał zwykle deszcz, więc odkładała wyjazd na sposobną porę. „Tymczasem” prowadziła gospodarstwo domowe i zastępowała Ewci matkę. Dziewczynka zwała ją „ciocią”, chociaż niewiele prawnych podstaw istniało do tego czcigodnego tytułu. I pan Tyszowski, nie wiedząc, jak jej wyrazić serdeczną i tkliwą wdzięczność, mianował ją też „ciocią”, tak że po kilku latach nikt nie używał ani jej imienia, ani nazwiska i dla całej ulicy — dla sklepikarza i listonosza, dla stróża i dla całego domu — była ciocią. Pamiętano jednak o jej imieniu, gdy się zaczerwieniło w kalendarzu. Ewcia bowiem na ten dzień, zapewne i w niebie obchodzony uroczyście, ze śpiewami i tańcami, dziergała jakąś koroneczkę, a pan Tyszowski przynosił z cukierni tort z marcepanowymi kwiatkami na górze i z zakalcem w środku. Ciocia patrzyła na ten potężnych rozmiarów smakołyk podejrzliwie i gdyby umiała mówić po łacinie, zakrzyknęłaby niewątpliwie: „Timeo Danaos et dona ferentes!” — co oznacza w katolickim języku: „Boję się Greków nawet wtedy, gdy przynoszą dary!”19. Gdyby wypadało, oblałaby tort na wszelki wypadek formaliną albo innym żrącym płynem, zabijającym zarazki — ale nie wypadało. Oblewała go przeto łzami rozczulenia, co wzgórzu słodyczy nadawało smak wybitnie słony. Nawet jednakże i w takim dniu promienistym, w dniu powszechnej wymiany serc, zacna ciocia nie pozwoliła nigdy na to, by ją uściskał „ojciec zadżumionych”, i uciekała z krzykiem, zauważywszy jego zuchwały gest otwierania ramion.
Z przyzwoitej odległości umiała ciocia zdobyć się na odwagę. Należy przyznać rzetelnie, że do dnia dzisiejszego nie rozległby się ani jeden strzał na świecie, gdyby cioci polecono wynalezienie prochu, lecz w sercu jej mieszkała odwaga, gdy szło o Ewcię. Pan Tyszowski umiał liczyć bakcyle na miliardy, straszliwie jednak mąciły mu się rachunki, gdy liczył pieniądze. Znał je zapewne ze słyszenia, a widywał dość rzadko. Uważał je za wynalazek tępy i nieudany. Często się dziwił niesmacznej natarczywości ludzi, żądających pieniędzy za cukier, bułki i mięso. W głębi duszy zdumiewało go zapewne i to, że czasem sam otrzymywał pieniądze za swoją ogromną pracę, sprawiającą mu niebywałą rozkosz. Brał je, przyglądał im się przez chwilę uważnie, rozmyślając nad tym, ile i jakiego gatunku snuje się po nich zarazków, po czym oddawał je Ewci, a ta oddawała je cioci, która nigdy nie byłaby ich przyjęła z rąk Tyszowskiego. Ponieważ Ewcia nie umarła w srogich mękach, był to znak, że „banknoty są zdrowe”.
Zawsze jednak było ich za mało. Ciocia mogłaby wprawdzie być ministrem skarbu w jakimś pomniejszym państewku, a najsprawniejszy marynarz nie umiał tak zawiązać liny okrętowej, jak ona potrafiła wiązać koniec z końcem; zazwyczaj jednak na nowiu księżyca ciocia stawała skamieniała, podobna do żony Lota20, zamienionej w słup soli, i spoglądała z głębokim przerażeniem na pusty skarbiec domowy. Pan Tyszowski uciekał rano z domu do swojej cholery, Ewcia biegła do szkoły, a ciocia trwała w tragicznym bezruchu. Po dłuższej chwili wydawała z siebie rozdzierający jęk, co ją przywracało do życia i zagrzewało do walki. Czekała powrotu Tyszowskiego i wszystko jej było jedno, kiedy powrócił. Zjawiała się przed nim z kamienną twarzą i mówiła. A słowa jej były z żelaza.