— Tak, tak, rozumiem... Jakaś pani?

Osoba, którą w niezrozumiałym szaleństwie nazwano Narcyzą, wzruszyła ramionami, dając mi tym ruchem pogardliwie do zrozumienia, że bystrość moja niewiele się różni od zdumiewającej bystrości pieca albo szafy.

— Aha, więc nie pani — mówiłem szybko, ze słodkim akcentem pojednania. — Któż to mógł przyjść? Skoro nie pani...

— Pannica! — zawołała ona rozdzierającym głosem.

— Patrzcie, patrzcie! — mówiłem w wybornie udanym zdumieniu.

Mąż niecierpliwy i nieznający zawiłych zagadek życia byłby chwycił strzelbę i dwoma strzałami próbował zakatrupić lubą Narcyzę, tym by się to jednakże skończyło, że obie kule odbiłyby się od niej jak od hipopotama, ona zaś zabiłaby niedoświadczonego człowieka jednym potężnym spojrzeniem.

Rzekłem przeto z uśmiechem należycie tkliwym:

— Narcyza była łaskawa wspomnieć coś o tym, że ta panna przyszła z kimś jeszcze...

— Z nikim nie przyszła — odrzekła ponuro.

— Ej, a mnie się coś zdaje, wedle tego, co słyszałem, że z tą panną ktoś przyszedł...