— Bo przyszedł!

Wzniosłem spojrzenie ku niebu i wezwałem je na świadka mojej niewinnej męczarni. Zdawało mi się, że ujrzałem anioła, dającego mi rozpaczliwe znaki, abym cierpiał, bo jeśli wdam się w bój z Narcyzą, sam przed wyznaczonym mi czasem znajdę się pośród aniołów. Zazgrzytałem przeto łagodnie zębami, lecz roztropnie uciszyłem serce, które chciało zawyć rozsrożonym głosem tygrysa.

— Więc któż to przyszedł? — zapytałem takim głosem, jakim płacze wiolonczela. — Jakiś pan?

— Żaden pan! — zakrzyknęła armata.

Coś w niej jednak musiało zelżeć albo też moja przebrana słodycz musnęła jej twarde i zapiekłe serce, bo w przepaścistych oczach tej rzewnej kobiety dojrzałem cień cienia litości. Pytałem przeto czym prędzej:

— Skoro nie pan, więc kto?

— Pies! — odrzekła z niezmierną męką; i aby mnie nie włóczyć wśród mgieł niepewności, dodała ze śmiertelną powagą: — Pannica czupiradło, a pies pokraka!

Widać było, że jej ulżyło cokolwiek po tym okrzyku, ale nie na długo. Odważyłem się na ciche pytanie:

— Czy Narcyza nie wie przypadkiem, czego chce ta panienka z psem?

Ona spojrzała na mnie z politowaniem i zagrzmiała głucho: