— A skąd ja mam o tym wiedzieć?!
Tak uderzyła w słówko „ja”, jak właśnie piorun uderza w uschłe drzewo.
— Dobrze, już dobrze! — powiedziałem szybko. — Istotnie, skąd Narcyza mogłaby o tym wiedzieć... Ludzie sami czasem nie wiedzą, po co przychodzą. A gdzież jest ta panienka?
— Siedzi w przedpokoju i gwiżdże! — ogłosiła Narcyza z boleścią.
— Gwiżdże? Dlaczegóż ona gwiżdże?
— Teraz wszystkie takie! — rzekła ona głosem zwęglonym. — Co z nią zrobić? Może by tak na łeb ze schodów!
— Ależ, Narcyzo! Jakżeż można?! Dowiemy się, czego chce...
Powiedziałem z szatańską chytrością, że „dowiemy się”, niebezpieczne bowiem byłoby użycie liczby pojedynczej. Straszliwa ryba połknęła przynętę z wrodzonej ciekawości, którą i tak zresztą zaspokoi w sposób należyty i niewymyślny, gdyż będzie podsłuchiwała z czujną wprawą.
Powiedziała jednak z rezygnacją:
— Jak pan chce! Ja bym z taką osobą nie gadała...