— Proszę pana... Ja naprawdę nie wiem o niczym...

— Nie łżyj! — szepnął jej Jerzy; głośno zaś rzekł: — Panie Szymbart! Niech pan da na mszę za nieznanego dobroczyńcę, a Ewci niech pan nie dręczy. Napiją się państwo herbaty?

— Moja żona twierdzi, że herbata... — jęknął pan Szymbart.

— Ja już niczego nie twierdzę — odjęknęła pani Szymbartowa. — O, proszę pani! Jaka ja jestem szczęśliwa.

Po odejściu tych dwojga szczęśliwych Jerzy rzekł:

— Czy mama zauważyła, że od pewnego czasu wszyscy, którzy przychodzą do tego domu, przybywają z oznajmieniem, iż są szczęśliwi? Najpierw my oboje uniknęliśmy ciosu, potem robił dziwne miny pan Mudrowicz, potem tańcował tu Rogalik, a przed chwilą z wielkiego szczęścia płakała pani Szymbartowa, pan Szymbart zaś łapał się za głowę. Śmieszne historie! Istnieją na tym padole łez tacy ludzie, którzy roznoszą tyfus, sami o tym nie wiedząc, bo im nie szkodzi, ale istnieją i tacy, za którymi biegnie szczęście. Mam wrażenie, że ta oto niewyrośnięta osoba posiada tę właściwość. Ewelino! Czy nie mogłabyś sprawić, aby i mnie osobiście spotkało coś wspaniałego?

— To da się zrobić! — rzekła.

— Choćbyś miała stanąć na głowie? Nie czyń tego, księżniczko chińska, bo wreszcie skończysz w cyrku.

Skoro jednak pani Zawidzka odeszła, Jerzy zmrużył lewe oko i rzekł cicho:

— Ewuniu, powiedz prawdę: pan Mudrowicz?