— Dziewczyno złota! My musimy wiedzieć... Przecież my musimy kiedyś zwrócić te pieniądze...
— Ja nie wiem o niczym! — powtórzyła Ewa, już bliska łeż, i spojrzała na Jurka, wzywając go wzrokiem na ratunek.
— Moi państwo — mówił Jerzy. — Skoro Ewa twierdzi, że o niczym nie wie, niepotrzebnie ją dręczycie. Sama tych pieniędzy nie dała, bo tyle ma majątku co święty turecki. Mogę przysiąc, bo mnie osobiście winna jest osiemdziesiąt groszy.
— Właśnie! — zawołała Ewa.
— Obiecała wprawdzie, że stanie na głowie — mówił dalej wesoło — ale dotąd jeszcze za to nie płacą, bo gdyby tak było, cała ludzkość, ze mną na czele, stałaby do góry nogami. Moim zdaniem znalazł się ktoś zacny, kto nie chce, by o nim wiedziano, a pan Szymbart postąpi najrozsądniej, jeśli go nie będzie szukał.
— Ale ja muszę... — chciał wtrącić pan Szymbart.
— Oddać? Mój Boże! Cóż łatwiejszego? Gdy pan wygra wielki los albo otrzyma spadek po nieznanej ciotce, zwróci pan te pieniądze w ten sposób, że pan opłaci sanatorium za jakąś inną Zosię czy Marysię. Powiedz, matko jedynego syna, czy mówię rozumnie?
— Jedyny mój syn mówi wyjątkowo rozumnie. Niech kochana pani nie płacze. Niech się pani raczej ucieszy, że są jeszcze na świecie dobrzy ludzie... O tak, tak... Niech się pani uśmiechnie raz jeszcze.
Pan Szymbart nie dał się jednak przekonać.
— Ale ona powiedziała, że pieniądze się znajdą! — mówił zamyślony. — Nie przestanę twierdzić, że to Ewunia sprawiła...