Ewa zbladła i patrzyła na wszystkich ze strachem.

— Ewcia — wyjaśniał zdyszanym głosem pan Szymbart — wiedziała, że my nie możemy opłacić sanatorium. I wtedy powiedziała, że stanie na głowie, a pieniądze muszą się znaleźć. Teraz się znalazły, a nikt z nas nie wie, kto je dał.

— Ach tak! — zdziwiła się pani Zawidzka. — A skądże ten kwit?

— Dostaliśmy go przed godziną pocztą. O czymś podobnym nie mogliśmy marzyć... Dlatego moja żona tak płacze... A ja chyba oszaleję ze szczęścia...

— Teraz rozumiem — rzekła pani Zawidzka. — Państwo chcą się dowiedzieć od Ewci, kto jest tym dobroczyńcą?

— Tak, tak! — krzyknął pan Szymbart.

Wszyscy spojrzeli na Ewę, która usiadła czym prędzej, jakby ją siły opuściły.

— Ewuniu złota — mówiła serdecznie pani Zawidzka — kto dał te pieniądze?

— Ja nie wiem o niczym! — odpowiedziała Ewa gwałtownie.

Pani Szymbartowa przestała płakać z nadmiernego zdumienia, pan Szymbart zaś zbliżył się do Ewci i mówił błagalnie: