— Wtedy nie byłoby ani złych, ani nieszczęśliwych, ani smutnych... Bogaty podzieliłby się z biednym, a szczęśliwy podzieliłby serce i połowę oddałby nieszczęśliwemu.
Basia westchnęła głęboko, lecz smutnie, jak gdyby chciała rzec, że tylko w srebrnej, przyjaznej poświacie księżyca mogą się snuć takie marzenia. Pomyślała, że w tej chwili, pełnej słodyczy i tkliwości, krople rosy na róży są dziwnie podobne do łez.
Ponieważ księżycowa filozofia Ewuni wyczerpała się doszczętnie, znowu wysłała myśli pracowite jak pszczoły na srebrny świat po nowe miody mądrości — że jednak nie powracały zbyt długo, rzekła cicho:
— Wiesz, Basiu, co powinnaś zrobić?
— Co, Ewuniu?
— Powinnaś namówić ojca, żeby złożył wizytę pani Zawidzkiej.
— Wizytę? — rzekła Basia przeciągle. — Pod jakim pozorem?
— Nie potrzeba żadnego pozoru. Sąsiedzi prawie zawsze odwiedzają sąsiadów.
— Tak, na wsi...
— Przecież to tak jak na wsi. A właściwie to Jurek był już u ciebie z wizytą.