— Nie bardzo.

— Ale twój ojciec powinien przyjść... Z tobą oczywiście...

Basia najwyraźniej drgnęła.

— Pani Zawidzka — mówiła Ewcia — będzie bardzo rada. Pojęcia nie masz, jaka to kochana osoba, a przy tym prawie zawsze sama. Mnie wciąż nosi, a Jurek nie wyłazi ze swojej pieczary, tylko wciąż maluje i maluje. Przyjdźcie do nas, Basieńko, koniecznie przyjdźcie! Potem pani Zawidzka odwiedzi twoją matkę i pogadają sobie kobieciny. Nie myślisz, że to byłoby świetnie?

— Być może — odrzekła Basia, zamyślona. — A jeżeli ojczulek nie zechce?

— Mojemu Hieronimowi nie potrzeba by długo gadać. Wzięłabym go pod rękę i nawet by nie wiedział, dokąd idzie. Później wprawdzie też by nie wiedział, gdzie był i u kogo, ale już by było po wszystkim. Myślę, że z twoim nie będzie o wiele trudniej. Ojcowie powinni słuchać swoich córek, jeżeli na świecie ma być jaki taki porządek. Zrobisz to, Basieńko?

— Spróbuję...

— Tylko spróbuj! Najlepiej będzie pojutrze około piątej...

— Pojutrze... Około piątej... — powtórzyła Basia bardzo cicho, lecz dobitnie, jak gdyby chciała sobie te słowa zapisać w pamięci ostrym, księżycowym promieniem.

Musiała to uczynić bardzo starannie, gdyż we czwartek, około piątej, Ewa, zdradzająca od czasu obiadu wyraźny niepokój, zawołała, patrząc w okno: