— Pan Zawiłowski idzie do nas! — Potem dodała szybko: — Pewnie z wizytą, bo czarno odziany...
Jerzy, czytający gazetę, porwał się z krzesła.
— Ja tu nie jestem potrzebny, proszę mamy... Nie cierpię wizyt!
Chciał już czmychnąć, kiedy Ewa oznajmiła:
— Ach, i Basia idzie też! Proszę pani, niech Jurek nie ucieka, bo nie wypada...
— Co to znaczy „nie wypada”? Zresztą mogę zostać, bo mi się tak podoba.
Wszedł pan Zawiłowski w uroczystym obleczeniu, potężny i wspaniały. Wąsy miał starannie ułożone, a brwi tak bujne, że gdyby mu wąsów zabrakło, mógłby je zastąpić brwiami. Basia odziana była w śliczną sukienkę, tak barwną, że powinny za nią gromadą latać pszczoły. Ponieważ w tym czasie na rodzinnej ziemi dojrzewały właśnie pomidory, nie dziwota przeto, że i na jej twarzy zjawiły się z niewiadomej przyczyny rumieńce o złocistej, głębokiej czerwieni.
Gdy ceremoniał pierwszego, uroczystego powitania został wyczerpany, pan Zawiłowski zasiadł w fotelu z wprawą wielokrotnego prezesa wielu komitetów, nabrał tchu i „zagaił posiedzenie”, objaśniwszy, że wedle odwiecznego zwyczaju sąsiad dopiero co osiadły winien jest złożyć hołd i uszanowanie sąsiadom zasiedziałym. Ciągnąc tę wyborną perorę128, wpatrywał się pilnie w twarz pani Zawidzkiej, która też nieznacznie krążyła spojrzeniem dokoła jego twarzy, ozdobionej parą wąsów. Nagle pan Zawiłowski uderzył dłonią w kolano i zawołał uradowany:
— Ej pani dobrodziejko, czy my się przypadkiem nie znamy?
— I mnie się coś tak zdaje — odrzekła z uśmiechem pani Zawidzka.