— Coś tak przed trzydziestu laty w kutnowskiem...
— Tak, tak!
— Panna Gronowska z domu, w której kochały się cztery powiaty...
— Gronowska z domu, ale czy cztery powiaty...
— Powiedziałem i nie cofnę! — uradował się pan Zawiłowski z całego serca.
Radość podzielili wszyscy obecni, a Jerzy pomyślał:„Teraz powinien powiedzieć: „Góra z górą się nie zejdzie, a...”.
— Góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem zawsze! — zawołał pan Zawiłowski. — A wie pani, że gdyby mi ktoś jeszcze jedną cukrownię podarował, mniej by mnie to uradowało?
Pani Zawidzka, tak wspaniale oceniona, najwyraźniej była ogarnięta wzruszeniem. Z żywą przyjemnością zaczęła słuchać rozwichrzonej opowieści o dawnych czasach, o ludziach i zdarzeniach. Pan Zawiłowski, dosiadłszy rączego bachmata wspomnień, cwałował raźno poprzez lata dawno osiwiałe i wywoływał duchy zmarłych, na potężne jego wezwanie budzących się niechętnie z wieczystego snu. Troje młodych przysłuchiwało się temu z należytym szacunkiem, skoro jednak w pokoju zaczęło być tłoczno od rozmaitych babek i ciotek, skromnych dziewic i siarczystych kawalerów, tańczących mazura, Ewcia mrugnęła znacząco w stronę Jerzego, który jednak nie zauważył tajemnego znaku, albowiem wpatrzony był chyłkiem w Basię. Ewa postanowiła przeto wystąpić na rachunek własny i rzekła do pani Zawidzkiej:
— Proszę pani! Basia chciałaby zobaczyć pracownię Jurka... Czy możemy wyjść?
— Ależ oczywiście! — odpowiedziała pani Zawidzka i mimo woli spojrzawszy na Basię, pomyślała, że dawno nie widziała piękniejszej i bardziej uroczej dziewczyny. — My tu sobie jeszcze pogadamy... Idźcie, dzieci!