Basi na myśl nawet nie przyszła wyprawa do malarskiej pracowni, a Jurek spojrzał na Ewę ze zdumionym podziwem. Podniósł się niezgrabnie i wskazując Basi kierunek, rzekł niepewnie:

— Służę pani...

— Chodź, Basieńko — mówiła cicho Ewa. — Pan Jerzy nie wszystkich zaprasza do swojej pracowni. Dawno jednak marzył o tym, żeby tobie pokazać obrazy. Prawda, Jureczku, że marzyłeś o tym?

Żaden baran od stworzenia tego gatunku nie spojrzał bardziej wyłupiastookim wzrokiem na zuchwałego człowieka. Wobec nagłego otępienia jedynego w tym gronie mężczyzny przewodnictwo swoim zwyczajem objęła Ewa i po krótkiej chwili urządziła scenę wedle wzoru zapamiętanego od owego dnia, w którym zasnęła na pace po mydle. Na tym samym chwiejnym tronie usadowiła Basię, nieco zalęknioną, Jerzemu zaś rozkazała:

— Do roboty! Pokazuj obrazy, ale tylko dobre. Mnie mogłeś ocyganić, ale z Basią tak łatwo ci nie pójdzie.

— Ewuniu! — szepnęła Basia ze słabym wyrzutem.

— Wiem, że gadam głupstwa — zaśmiała się Ewa — ale jest mi dzisiaj strasznie wesoło. Gdzie wam podać herbatę: tutaj czy zejdziecie do senatorów?

— Ja myślę... — zaczęła Basia.

— Że tutaj — dokończyła szybko Ewa. — Jurek też zawsze pije ją w pracowni, bo zapewne ma tu gdzieś schowany koniak.

Jerzy chciał krzyknąć wielkim głosem, że nigdy tu nie pijał herbaty ani koniaku, gdyż w tym zakątku z płynów przechowuje tylko terpentynę do mycia pędzli, ale nie miał już komu o tym powiedzieć, bo Ewa zbiegła po schodach, głośno tupiąc. Z kolei chciała krzyknąć z radosnego zdumienia pani Zawidzka, bowiem od dłuższej już chwili myślała nad tym, co by podać tym miłym gościom, którzy jej tyle sprawili radości. Wprawdzie rozmaite uwędzone hrabiny wydały prawo, że gościa, co się zjawił w domu po raz pierwszy, nie należy karmić niczym ani poić, prócz uprzejmego bredzenia o teatrze, w którym się nie było, i o książkach, których się nie czytało, pani Zawidzka jednak nie była hrabiną. Przybycie Zawiłowskich było niespodziane i w domu, prócz resztek z obiadu, nie było niczego smakowitego. Najmilszym zaś gościom nie należy na podwieczorek podawać siekanych kotletów z młodą kapustą. Pani Zawidzka uśmiechnęła się przeto radośnie, ujrzawszy, że do pokoju wkracza pochód, przypominający powrót wywiadowców izraelskich z żyznej ziemi Chanaan129, niosących winne grona wielkości obrotnej żydowskiej głowy. Na czele szła Ewa, dźwigając tacę zastawioną ciastkami i owocami, za nią zaś z ostrożnością kroczyła Honorcia z herbatą. Pan Zawiłowski oznajmił, że się pani Zawidzka niepotrzebna rujnuje, lecz wielce był rad, że będzie miał sposobność do gorących wspomnień o jeszcze jednym wspólnym znajomym z kutnowskiego, co potrafił wypić jednym tchem butelkę wina — a wyborną tę sztukę pokazywał tak często, że razu jednego nie on dokończył butelkę, lecz butelka dokończyła jego, wskutek czego odbył się pogrzeb bardzo tłumny i — ponad wszelkie spodziewanie — dość wesoły.