— Skoro pani Zawidzka się godzi, ja nie mam nic przeciw temu! — rzekł pan Zawiłowski.
Ewcia pomyślała, że — w celu uniknięcia wydatków — obdarzony potężnym basem pan Zawiłowski powinien powtórzyć jerychońską sztukę131 i z braku mosiężnej trąby zwalić mur jednym wspaniałym okrzykiem. Trudno było jednak prosić go o tak przedziwny wysiłek i dlatego wezwano jakiegoś burzymurka, który za nieznacznym wynagrodzeniem rozebrał część ogrodzenia. Przez nową bramę przebiegł pierwszy Rolmops i napadł znienacka kurczęta w ogrodzie Zawiłowskich, które cudem uszły z życiem przed szczekającą śmiercią. Opętany kundel wpadł wobec tego niepowodzenia do kuchni, skąd smakowite wiały zapachy, i śmiertelnie przeraził kucharkę, która na widok kosmatego czorta „buchnęła, zawrzała i zgasła” jak kopcąca lampa. Działo się to wszystko bardzo wcześnie rano, burzymurek bowiem zjawił się do pracy o świcie. Oba domy, posłyszawszy narzekania drobiu, rozpaczliwy krzyk istoty ludzkiej, bojowy szczek kundla i okrzyki podziwu murarza, porwały się ze snu. Uroczysty akt otwarcia granicy odbył się wobec tego „przy tłumnym współudziale” obywateli. Jeden obywatel jednakże był przeraźliwie zdumiony — Jerzy, który nie wiedział o niczym. Ujrzawszy zwalone cegły, pomyślał w pierwszej chwili, że spokojną polską ziemię nawiedziło trzęsienie ziemi i że wszyscy uciekają w niedbale odzianym popłochu. Śmiertelna trwoga musiała niektórym pomieszać zmysły, ujrzał bowiem przez okno, jak Basia ugania się po ogrodzie za kurczętami, a Ewa, chwyciwszy za kark swego piekielnego kundla, niesie go do domu Zawidzkich. Obie dziewoje miały miny wprawdzie cokolwiek niepewne, lecz równocześnie roześmiane, nieszczęście przeto nie musiało być zbyt wielkie — tym bardziej, że bas pana Zawiłowskiego zahuczał na chwilę, lecz wkrótce ucichł jak oddalony grzmot.
Skromnie odziany malarz wybiegł do ogrodu.
— Ewciu, co się tu dzieje, u Boga Ojca!
— Pomóż Basi złapać kurczęta! — krzyknęła Ewa. — Basiu! Jerzy biegnie na pomoc!
— Panie Jerzy, prędko! — wołała Basia.
Malarz przelazł przez wyrwę w murze, niebotycznie zdumiony.
— Przecież to dopiero szósta...
— Wszystko jedno! Niech pan łapie te kuraki, bo ja muszę cucić kucharkę.
Wobec tego Jerzy począł łowić kurze potomstwo, które zdradzało wyraźne objawy obłąkania i pierzchało na widok wielkoluda, słusznie przekonane, że schwytawszy je, będzie połykał na surowo i z pierzem.