W tej chwili wyszła z domu obudzona pani Zawidzka i patrzyła jak urzeczona — jej rodzony syn uganiał po cudzym ogrodzie za kurczętami, zrozumiawszy zaś, że przemocą nie poradzi, począł je wabić chytrze rozlicznymi głosami, udając, że im sypie ziarno.

— Jerzy, co ty wyprawiasz? — zawołała zdumiona.

— Basia kazała mi je schwytać... — odrzekł Jerzy, zdyszany. — Niech mi mama powie, jak się wabi takie tałatajstwo?

Pani Zawidzka nie śmiała się serdeczniej od lat dziesięciu. Dnia tego jednakże zdziwiła się po raz drugi, kiedy jej pan Zawiłowski oznajmił, że jej pomysł zburzenia muru bardzo mu przypadł do serca. Właśnie ona chciała to samo powiedzieć panu Zawiłowskiemu, który też byłby zdziwiony, gdyby się dowiedział, że pomysł pochodził od niego. Jasne było przeto, że pomysł ten zrodziło jednocześnie szczęśliwe natchnienie. Jerzy jednak pilnie przyglądał się Ewci i kręcił głową.

— Czy nie myślisz przypadkiem o podziemnym przejściu na wypadek deszczu?

— Co ma być, będzie — odrzekła Ewa.

Podziemne przejście było zbędne, gdyż na wypadek deszczu wystarczał parasol — oczywiście dla osób dostojnych, młodzież bowiem nie zwracała uwagi na przeszkody tak mizerne. Przejście w murze okazało się najbardziej uczęszczanym traktem w Europie. Pannice wydeptały wkrótce bitą ścieżkę, a osoby dostojne chodziły nią bardzo często. Najbardziej nieśmiałym wędrowcem był natomiast długonogi. Wesoły Jerzy posmutniał. Zamykał się na długie godziny w pracowni i często słychać było, jak gada sam ze sobą. Jest to rozrywka dość monotonna i zdradza niepokój ducha. W towarzystwie matki i rozgadanej Ewy Jerzy zapadał w zamyślone milczenie. Było ono objawem mniej zatrważającym niż nagły brak apetytu. Pani Zawidzka spoglądała z niepokojem na syna, dla którego za dobrych czasów potężny indyk był ptaszkiem niewielkich rozmiarów.

— Ewuniu, nie wiesz, co jest Jurkowi? — pytała zatroskana.

— A co ma być, proszę pani?

— Od pewnego czasu jest jakiś nieswój... Nie rozmawia, nie je...