— A czyj? Tobie przez sto lat nie przyszłoby to do głowy. Pomysł był mój, bo myślałam... Ech! Wszystko mi jedno... Róbcie sobie, co chcecie!

Jerzy nie widział nigdy jeszcze swej przyjaciółki w takim gniewnym uniesieniu, w którym walny udział wziął jej zadarty nos. Nie rozumiał dobrze, co znaczy owo groźne „Róbcie sobie, co chcecie!”, więc się zaczął nad tym głęboko zastanawiać. Lecz Ewa przerwała rozmyślania gromkim rozkazem dziennym:

— Jutro są urodziny Basi. Zbiórka o piątej po południu! — rzekła i odeszła jak zagniewany duch.

Pani Zawidzka, zawiadomiona o uroczystości w sposób łagodny i uroczy, wydobyła z tajemnego schowka naszyjnik z czeskich kamieni, który jakaś prababka nosiła na łabędziej i wstydliwej szyi. Lubiła Basię serdecznie; przypadła jej do serca dziewczyna prosta, jasna i czysta jak łza. Przeczuwała coś mądrym sercem i coś widziała mądrymi oczami, lecz nigdy nie powiedziała o tym słowa. Od chwili, kiedy to Ewa oznajmiła, że Jurka „coś wzięło”, zaczęła patrzeć pilniej, udając jednak, że nic nie widzi. Czasem tylko uśmiechała się najsłodszym uśmiechem na świecie — uśmiechem matki.

Nazajutrz Ewa jak chorąży poprowadziła pochód przez otwór w murze, głośnymi oznajmiając się okrzykami. Przed samymi drzwiami domu Zawiłowskich szepnęła do Jurka:

— Wyglądasz, jakbyś miał żółtaczkę... Głowa do góry, dryblasie!

Chociaż dzień był niezmiernie zwyczajny i taki powszedni jak chleb, ni stąd, ni zowąd zrobiło się święto — tym większe, że pani Zawiłowska w czarnych okularach wyszła ze swojej ciemnicy. Pan Zawiłowski grzmiał zawiesistym basem, Ewa trajkotała jak młynek do kawy, śmiała się pani Zawidzka. Jerzy coś bąknął ni w pięć, ni w dziewięć, a Basia odpowiadała bez słów — kolorami twarzy, która raz bladła, raz czerwieniła się, i strwożonymi spojrzeniami.

„Oczy Basi”, pomyślała Ewa, „podobne były do laskowych orzechów. Teraz przypominają raczej włoskie”.

Po pewnym czasie szepnęła do pana Zawiłowskiego, chytrze zawiódłszy go w kąt koło pieca:

— Widzi pan?