Wieczór ten był dziwny i niezwykły.
Nazajutrz jednak Ewa spostrzegła z przerażeniem, że Jerzy jest chyba naprawdę chory. Nie malował, lecz łaził z kąta w kąt, jakby szukał zgubionego parasola. Czasem kopnął niewinne krzesło, które mu stanęło na drodze. Tej nocy nie zmrużył chyba oka, tak bowiem wyglądał, jakby się sam własnymi farbami pomalował na szaro. Człowiek, który stale przypominał niedzielę, w tej chwili był Środą Popielcową.
„Oj, źle!”, pomyślała Ewa. Potem rzekła:
— Jureczku, ślicznie było wczoraj, prawda?
Jerzy spojrzał na nią, jakby zobaczył zieloną owcę albo cielę z trzema głowami.
— Co ci się stało, Jureczku złoty?
— Nic mi się nie stało — odrzekł Jerzy. — Głupi jestem i tyle!
— Dlaczego się oczerniasz? A dlaczego niby masz być głupi?
— Dlaczego? Bo jestem mizerny malarzyna. Bo jestem marny oleodrukarz134. Rozumiesz? Bo jestem wartogłów135, nicpoń, niezdara, pustak, słowem: fujara. Głupi jestem, bo mi się przywidziało... A co tobie zresztą do tego?
Ostatnie słowa wrzasnął w tonacji przeraźliwie wysokiej i wyszedł.