— To gorzej, niż myślałam — mówiła Ewa sama do siebie. — Jedną ten człowiek powiedział o sobie prawdę, tę mianowicie, że jest fujara. Źle, źle, bardzo źle! Zakochał się jak wariat, a teraz nie wie, co ma począć. Nie ma co, fujara! Biedna Basia...
Tak ją to wszystko zmartwiło, że zaczęła chodzić po pokoju jak Jerzy przed chwilą i w nagłej rozpaczy też kopnęła niewinne krzesło.
„Trzeba pomóc tej małpie zielonej, bo on sam nic nie zrobi!”, pomyślała z serdecznym rozczuleniem.
Wobec tego postanowienia ona z kolei spędziła noc prawie bezsenną. Poranne słońce ujrzało na jej obliczu niezwykłą powagę.
— Ewo! — rzekła sobie. — Na wielkie ważysz się rzeczy. Pchasz palce między drzwi! Zastanów się, bo może być źle... Gdyby cię potem Jerzy zabił, nie mogłabyś mu nie przyznać słuszności... Ale trudno! Nie mogę patrzeć, jak pchły gryzą Rolmopsa, tym bardziej nie będę spokojnie patrzyła na to, jak zgryzoty trawią Jurka... Niech się dzieje, co chce! Ludzie mnie może zatłuką, ale Pan Bóg mi przebaczy!
Przemknęła chytrze przez ogród i przez kuchnię weszła do willi Zawiłowskich. Dowiedziała się od kucharki, że pani Zawiłowska śpi, Basia wyszła do kościoła, a pan Zawiłowski stawia pasjansa.
— Oho! Panna Ewa — zawołał uradowany właściciel trzech fabryk. — A czemuż to taka markotna?
— Bo ja w bardzo ważnej sprawie, proszę pana... W śmiertelnie ważnej sprawie!
Basem gęstym jak bita śmietana pan Zawiłowski wyraził nadzieję, że chyba nikt nie zachorował.
— Powiem panu wszystko... Wszystko! Pan już wie, że oni się kochają?