— Otóż właśnie, że niczego nie postanowiłem. Po prostu nie wiem! Ewcia musi pozostać w Warszawie, musi chodzić do szkoły, a dom trzeba zwinąć. Na całe gospodarstwo by nie starczyło... Najchętniej ucałowałbym ręce cioci i prosił, aby została z Ewcią, ale wiem, że to niemal niemożliwe. Ciocia zamartwiłaby się z czasem na śmierć, a złote obrączki...

— Jakie obrączki?! Co pan wygaduje! Nie mam żadnych obrączek... — krzyknęła ciocia, czerwona jak cukrowy burak, bo byłoby ponurą krzywdą porównanie jej z nieszlachetnym burakiem pastewnym.

— Tak, to prawda — mówił Tyszowski wzruszony — że ciocia nie ma żadnych obrączek, bo obie są zastawione. Czy ciocia myśli, że ja o niczym nie wiem? Czy ciocia myśli, że ja nie widziałem, jak te obrączki zsuwały się same z palców, a ciocia mówiła, że jej dłonie spuchły? Niech to Bóg pani zapamięta, dobra, złota, serdeczna kobieto... Jutro obrączki będą w domu z powrotem!

— Nie ma się czego śpieszyć! — mruknęła pani Halicka. — Kiedy pan chce wyjechać?

— Za jakieś dwa tygodnie...

— Mamy czas. Od tej chwili zacznę myśleć, co zrobić z Ewcią. I pan też niech o tym myśli, chociaż to tylko strata czasu... A o tych Chinach pan ją zawiadomi czy ja mam to uczynić?

— Pani, pani, droga ciociu, bo ja nie mam odwagi.

— Nie ma pan odwagi? Chińskiej cholery się pan nie obawia, a boi się pan własnego dziecka?

To rzekłszy, uciekła w mrok, albowiem pan Tyszowski taki uczynił ruch, jak gdyby chciał ucałować jej rękę, odartą ze złotych ozdób po dwóch sprawiedliwych mężach.

Nazajutrz zaś pomieszały się w równych dawkach łzy Ewci ze łzami cioci. Dziewczynka, usłyszawszy piorunującą nowinę, najpierw zastygła w bezruchu zdumienia, a po krótkiej chwili wybuchnęła płaczem tak rzęsistym jak wiosenna ulewa. Była to zbyt dobra okazja dla cioci do serdecznego wypłakania się, aby jej miała nie wykorzystać. Rzucały się sobie w objęcia, gęsto pochlipując, po czym odpoczywały przez chwilę i tym rzewniej rozpoczynały na nowo — jedna bardzo cienko, druga nieco grubiej — tworząc wybornie zharmonizowaną, smętną arię. Ewcia łkała jak skrzypce, ciocia płakała jak wiolonczela, która, mało brakowało, a mogła być basem.