— Ze mną, ze mną... Młoda nie jestem, więc to ja, i wąsów nie mam, więc to też ja. To ładnie, że pan udaje, jakby pan nie rozumiał, o kim mówię. O mnie jednak niech się pan nie troszczy... Mam do kogo pójść i mam się gdzie schronić. Rok albo półtora, powiada pan? To długo, ale można wytrzymać. Gdzieś tam na ten czas przypadnę, ale zapowiadam panu uroczyście, że jeśli nie umrę, powrócę!
— O, ciociu kochana!
— Tylko niech się pan nie zbliża... Pana nic się nie czepi, ale mnie może złapać od razu. Powiadam, że wrócę, bo nikt inny, tylko ja wydam Ewcię za mąż!
— Och, och! — zaśmiał się Tyszowski.
— Co w tym śmiesznego? Pan by ją wydał za byle połamańca, bo by mu się pan nawet nie przyjrzał. Ale to będzie ze mną sprawa! Na to jednak jest czas. Ważniejsze jest to, co pan zamyśla zrobić z dzieckiem przez czas pańskiej nieobecności. Za pozwoleniem! Czy panu zapłacą za te chińskie ceremonie?
— Oczywiście. I bardzo dużo zapłacą.
— Spodziewam się, że nie herbatą, tylko pieniędzmi. Starczy tego i dla pana, i dla tego dziecka?
— Chyba starczy...
— I to też ja zbadam, bo pana oszukują. Takiego niedorajdy w pieniężnych sprawach jak pan nie ma drugiego w całym bożym świecie. Pieniądze to nie cholera, do tego trzeba mieć głowę. Chociaż, co ja mówię! Czasem pieniądze są gorsze od cholery... Ale co dalej? Co pan postanowił zrobić z Ewcią?
Tyszowski rozłożył bezradnie ręce.