— I o to niech ciocia będzie spokojna. Ta herbata, którą my pijemy, z wszelką pewnością nie była nigdy w Chinach. Ale mniejsza z tym! Zatem, widzi ciocia, w Chinach jest cholera, a że ja się na tym trochę znam, więc chcą, abym tam pojechał i ją zakatrupił.
— I pan chce jechać?
— Nawet bardzo! Tu mam cholery jak na lekarstwo, ledwie odrobinę, a tam miałbym jej, ile tylko dusza zapragnie.
— Boże, nie skarz tego człowieka! — krzyknęła ciocia.
— Niech ciocia pomyśli tylko, ile bym się nauczył, ile bym uratował nieszczęśliwych ludzi. Może by mi się udało znaleźć to miejsce, w którym się ona lęgnie, może bym znalazł taki środek...
— Oby przedtem cholera nie znalazła pana!
— Bóg jest wielki! — odrzekł Tyszowski z cichą powagą. — Co ma być, będzie, i nie to jest moim zmartwieniem. Od kilku dni rozmyślam nad tym, co zrobić z Ewcią i co z panią zrobić, droga ciociu!
Pani Halicka milczała przez dłuższą chwilę i patrzyła na Tyszowskiego miękkim spojrzeniem.
— Z pana jest dziwny człowiek — rzekła wreszcie cicho. — Sam się pan narazi na śmierć, aby ratować innych. Ma pan własne troski, a myśli pan o tym, co będzie ze starą babą.
— Z jaką starą babą? — zdumiał się Tyszowski.