— Aha! — mruknął Tyszowski w zamyśleniu. — Prawdę mówiąc, już czas, aby wam wszystko powiedzieć. Najpierw jednak powiem pani. Czy Ewcia już śpi? Tak? Niech się ciocia zbliży, to się z ciocią naradzę.

Ciocia spojrzała podejrzliwie i choć ciekawość tryskała z jej spojrzenia jak woda z fontanny, rzekła dobitnie:

— Nigdy do pana się nie zbliżę, bo mi życie miłe. Chce pan gadać, niech pan gada głośno, a nie, to nie.

Tyszowski zaśmiał się cicho.

-– Dobrze, ciotko całego świata! Niechże się ciocia dowie, że mam ogromne zmartwienie. Nie wiem, co mam uczynić... Zaproponowano mi, abym na rok albo na dłużej pojechał do Chin...

— Matko Boska! — krzyknęła zdławionym głosem ciocia. — Ja nie pojadę!

— Otóż właśnie. Ani ciocia, ani Ewcia. Musiałbym jechać sam.

— A po co? Czy panu życie niemiłe?

— Pojadę i wrócę, niech ciocia będzie spokojna. W Chinach wybuchła cholera...

— A my pijemy chińską herbatę! Świat się kończy!