— I jakąż zdobędzie sławę!

Druga świetlna błyskawica przebiegła przez niebo.

— Do nikogo się nie zwrócili — mówiła ciocia jakby w natchnieniu. — Nikogo nie wołali: ani Francuza, ani Anglika, ani Włocha, tylko Polaka! Słyszysz, dziecko?

— Słyszę!

Oczy dziewczęce szybko schną po ulewie łez i źrenice Ewci patrzyły już promieniście. Czuła, jak rozżalone serce uśmiecha się w niej radośnie.

Rozpoczęła z ciocią rozmowę długą i złożoną z samych wykrzykników. Okazało się po godzinie (siedemdziesiąt siedem słów na minutę), że obowiązkiem Ewci jest mężnie przecierpieć rozstanie i rozłąkę, że obowiązkiem Polki jest gorące zachęcenie Polaka, aby imię polskie rozsławił i nie gryzł się w tym czasie myślą o córce, bo ta da sobie radę, mając w odwodzie kobietę tak wspaniałą i niezastąpioną jak ciocia (wieś Koliba, poczta Maków31, woj. krakowskie, u państwa Janeckich, dwór).

Pan Tyszowski był zdumiony najczulszym powitaniem, gdy przybył do domu niemal chyłkiem, w oczekiwaniu burzy. Mało brakło, aby Ewunia powitała go po chińsku. Mrugnął porozumiewawczo w stronę cioci i wyraźnie szczęśliwy począł tłumaczyć dziewczynie, że czas upłynie szybko, a powrót będzie tryumfalny. Od tej chwili dom katolicki i chrześcijański nabrał cech pogańsko-chińskich. Temat każdej rozmowy miał warkocz i skośne oczy.

— Tatusiu! — mówiła Ewcia. — Uważaj, abyś tam nie zjadł psa.

Ciocia krzyknęła z wyraźnym niesmakiem, a paskudny kundel najeżył się i począł pilnie nasłuchiwać.

— Niech się ciocia nie oburza, bo tam psie mięso uważane jest za przysmak. Opowiadają, że pewien europejski dyplomata posłał mandarynowi32 pięknego psa rzadkiej rasy. Nazajutrz otrzymał list, w którym mandaryn, gorąco dziękując, pisał, że nie jadł dotąd równie smacznej psiny. O, czy cioci słabo?