W Ewci zamarło serce. Widziała coś niecoś o potężnej indywidualności swojej obecnej opiekunki, nic się bowiem ukryć nie mogło w ciasnym i mrocznym ulu warszawskiej kamienicy. Gadano to i owo, dość tkliwie wspominając dolę pana Szymbarta i pojonej tranem panny Zosi. Dość często słychać było przez mury lub przez otwarte okna gwałtowne pokrzykiwania pani Szymbartowej, grożącej niewieście służebnej wszystkimi mękami piekła i niedającej jej nawet odrobiny nadziei na czyściec. Z oddalenia nie było to jednak zbyt groźne — ponurą niespodzianką stało się dopiero z bliska. Ewcia, wychowana w jasnej i najtkliwszej atmosferze dobroci, poczuła zamęt w głowie. Zawsze garnęła się do ludzi i tak im otwierała serca uśmiechem, jak się zamek otwiera kluczem. Pani Szymbartowa na uśmiechy była nieczuła. Minęło zaledwie kilka dni — ciocia zdążyła dopiero zajechać pod Maków, ojciec nie dotarł jeszcze do Suezu40, Ewcia zaś zdążyła już przybyć do jakiejś mrocznej i smutnej krainy. Wesoło i z radosną ufnością patrząc na świat, byłaby i złe humory pani Szymbartowej przerobiła na radość, a ocet zmieniłaby w jakie takie wino. Przyszła tutaj z taką samą ufnością, z jaką zjawiłaby się wszędzie. Gdyby pani Szymbartowa otoczyła ją ramieniem, gdyby ją ucałowała i rzekła miękko: „Zastąpię ci matkę, drogie dziecko!”, zyskałaby od razu drugą córkę — najlepszą i najwierniejszą. Ewcia była honorowym człowiekiem, płacącym miłością za miłość, wiernością za wierność. Tymczasem pani Szymbartowa uczyniła z psiej historii brzydką sprawę. Zawiodła i obraziła śmiertelnie ciepłą ufność dziewczyny. Twardo, nielitościwie i bez namysłu.

— Może się rozpłaczesz? — zapytała.

— Nie, proszę pani — odrzekła Ewcia.

Rozmyślała w swoim mizernym pokoiku nad tym, że będzie miała ciężkie życie. Postanowiła jednak unikać wszystkiego, co by mogło rozjątrzyć lub rozgniewać panią Szymbartową; ponieważ nie ulegało wątpliwości, że Ewcia wytrwa w szlachetnym zamiarze, nikt jednak nie może przewidzieć, co uczyni pies, postanowiła się z nim rozmówić poważnie.

— Rolly! — rzekła w wielkim zaufaniu. — Jesteś opryszkiem, jakiego świat nie widział. Mogłeś nim być na własnych śmieciach, ale tutaj nie wolno. Pani Szymbartowa to nie ciocia, którą mogłeś ocyganić. Błagam cię, bądź przyzwoity i zachowuj się nie jak świnia, lecz jak uczciwy pies. Wcale nie pragnę, aby z twojego powodu wybuchały awantury. Rozumiesz?

Kundel nie spuszczał z niej oczu i słuchał z ludzką niemal roztropnością. Zrobił skruszoną minę pokutującego złoczyńcy i polizał rękę Ewci, która poświadczyła później uczciwie, że odtąd przez cały czas pobytu u państwa Szymbartów nie zdarzyło się nic zdrożnego, co by można było zapisać na jego rachunek. Żył na dobrej stopie z całym domem, unikał jedynie pani Szymbartowej. Spotkawszy ją na swej drodze, znikał jak duch i potrafił przeleżeć przez dwie godziny pod kanapą, wyczekując sposobnej chwili do wyjścia. Jeżeli kradł, czynił to z niebywałą przezornością i nie można mu było niczego udowodnić. Był — ale jakby go nie było. Nigdy nie zaszczekał w domu. Wychodził z Ewcią, odprowadzał ją do szkoły i znajdował się zawsze przed budynkiem, oczekując jej wyjścia. Dziewczyna karmiła go, sama nie dojadając; zresztą pies ten był przedziwnym oryginałem, który prócz rzeczy ze szkła, drzewa, żelaza i stali zjadał wszystko, zbytnio nie przebierając. Pani Szymbartowa, która mu zaprzysięgła zemstę, zdumiona była jego magiczną zdolnością znikania. Wiedziała, że jest w jej domu, czasem bowiem mogła go ujrzeć, wymykającego się z Ewcią o bardzo wczesnej, porannej godzinie. Zaczęło ją to gniewać, że nie może znaleźć żadnego prawego powodu do wystąpienia.

Ewci okazywała całkowitą obojętność, chociaż dziewczyna podejmowała nieraz jeszcze próby pozyskania jej życzliwości. Stanęło wreszcie na tym, że wzajemna wymiana słów ograniczała się do uprzejmych powitań i pożegnań Ewci, połączonych z grzecznym ukłonem, i do mrukliwych odpowiedzi pani Szymbartowej. Zdawało się, że zanim pani Szymbartowa odpowie „Dzień dobry”, kładzie przedtem te słowa do lodówki, aby je odpowiednio ochłodzić. Nie dowiadywała się, co się dzieje z Ewcią w szkole i co dziewczyna robi poza domem. Nie obchodziło jej zdrowie Ewci, co zresztą nie było zbytnim przestępstwem, bo ta promieniała zdrowiem rumianym i bujnym. Zdarzało się czasem, że Pani Szymbartowa patrzyła długo na bladą, wymizerowaną twarzyczkę córki, po czym przenosiła spojrzenie na czerwoną jak rzodkiewka gębę Ewci i wtedy wydawała ciche westchnienie. Dziewczyna wiedziała dobrze, co oznacza ten cichutki głos matczynego serca. Ujrzawszy pewnego razu niezwykle zatroskany wzrok pani Szymbartowej, zebrała się na odwagę i rzekła:

— Proszę pani, to przejdzie...

— O czym mówisz? — zapytała szybko pani Szymbartowa.

— O Zosi...