— Musisz wiedzieć, że moja babka miała wyjść za hrabiego i już wszystko gotowe było do ślubu. I ja byłabym dziś z domu hrabianką, gdyby nie straszne nieszczęście. Hrabia, spiesząc do narzeczonej, spadł z konia i w trzy dni potem go pochowali. Ha! Co wyprawia ten pies?
Zdumiony ten okrzyk wybujał jak cyprys na żałobnym grobie hrabiego, lecz był rozumnie uzasadniony. Kosmaty Rolmops, mądry ponad psie pojęcie, otworzył sprytnie łapą dolne drzwi kredensu, w którym zwietrzył woń przyjazną i tłustą.
— Zdaje mi się, że zjadł kotleta — rzekła Ewcia z wesołym podziwem.
Pani Szymbartowa z trudem chwyciła powietrze jak karp, który się dowiedział, że się zbliża Boże Narodzenie, i przez chwilę nie mogła wydać głosu, co się jej zdarzyło po raz pierwszy od lat czterdziestu dziewięciu. Wiadomo jest z dziejów ludzkości, że człowiek, który z nagła zaniemówił, gwałtownie gestykuluje rekami. Pani Szymbartowa, wiedząc, że w kredensie leżą trzy kotlety, zatrwożona o los dwóch, co dotąd ocalały, chwyciła w szaleństwie trwogi ciężki przycisk i cisnęła nim z furią w stronę łajdackiego psa. Zdumiewające jest jednak, jak rzadko kobiety, istoty słodkie i mało wojownicze, trafiają do celu! Zamiast dobrze obliczyć parabolę, zwyczajną drogę pocisku, i uderzyć nim w psa, pani Szymbartowa trafiła o dwa rumby37 w lewo, czyli w szklane naczynie, w którym pławiły się dwie złote rybki. Niepomierna kruchość szkła nie zdzierżyła potężnego naporu żelaza, naczynie prysnęło jak tęczowe marzenie, złote rybki, zdumione ponad wszelkie pojęcie, znalazły się na dywanie, a kundel, który jadł już śledzia, lecz nigdy wytwornych, złotych rybek, rzucił się na nie z nieprzyzwoitą łapczywością.
Zwabiony szklanym hałasem pan Szymbart stanął we drzwiach i przyglądał się figlarnie niezwykłemu widowisku. Ewcia rzuciła się na ratunek złotym rybkom, groźnym okrzykiem przywodząc Rolmopsa do opamiętania.
Tymczasem pani Szymbartowa odzyskała głos, przetykany piorunami.
— Wacławie! Zabij natychmiast tego psa!
Pan Szymbart wykonał w odpowiedzi mnóstwo dziwacznych i wymownych ruchów. Najpierw zmarszczył brwi, potem kiwaniem głowy od strony lewej ku prawej oznajmił światu, że namawianie go do zbrodni i morderstwa jest i będzie usiłowaniem daremnym. Następnie rozłożył szeroko ręce, czym powiedział, że nie on rzucał pociskiem w ryby, wreszcie wzruszył ramionami, co u ludów dzikich oznacza, że nie myślą sobie mącić spokoju cudzymi sprawami. Na koniec odwrócił się i wyszedł z miną granda38 obrażonego na hiszpańską królową. Wtedy pani Szymbartowa, z domu niemalże hrabianka, wyszła też, ale z siebie. Jest to czynność bardzo złożona i polega na chwilowym odłączeniu rozsrożonego ducha od bezsilnego ciała. Ciało trzęsie się oniemiałe, a duch bardzo krzyczy i nie przebiera w słowach. Chwyta każde, które mu się nawinie pod rękę, i zmienia je w trzaskającą petardę. Pani Szymbartowa, zapomniawszy, że mogła przez babkę być spokrewniona z arystokracją, zapomniawszy, co przyrzekła pani Halickiej i panu Tyszowskiemu, zapomniawszy o tym, co przystoi damie, wymierzyła działo swojego gniewu w stronę Ewci — jako prawnej właścicielki straszliwego psa.
Z serdecznie rozżalonym zdumieniem wysłuchała Ewcia wielkiej mowy, która, choć źle i nieskładnie zbudowana, odznaczała się jednak niepospolitą siłą wyrazu i dobitnością porównań. Wynikało z niej jasno i niewątpliwie, że pani Szymbartowa musiała stracić zdrowy rozum w owym dniu, w którym się zgodziła na przyjęcie pod swój uczciwy i blachą kryty dach dziewczyny z psem; że dziewczyna jest krnąbrna, zuchwała, źle wychowana, pomylona, a pies wcale nie ustępuje swej pani; że pobyt w jej domu dziewczyny z psem skończy się smutno dla dziewczyny, a zgoła tragicznie dla psa; że ona (pani Szymbartowa) nie pojmuje, jak mogła się dać usidlić kobiecie tak przewrotnej jak ciocia (pani Halicka). I do tego za jakie pieniądze?! Za grosze! A ten złodziejski pies sam więcej zje, niż to wszystko warte. Całe szczęście, że srebra nie zje ani porcelany.
„Trzeba by lutni Homera”39, aby wyśpiewać w krótkim streszczeniu wielką mowę pani Szymbartowej.