— Oj, ciociu! — zakrzyknął Tyszowski i tak się skrzywił, jakby już jadł obiad z prawowiernego Chińczyka i popijał octem.

Rozdział trzeci, przy którego czytaniu oczy łzawią jak przy obieraniu cebuli

Gdybym opisał pożegnanie Ewci z ciocią, mogłoby „na pęknięcie serca” umrzeć siedemdziesięciu siedmiu czytelników. Gdybym lekkomyślnie ważył się na przedstawienie sceny rozłąki Ewci z ojcem, zginęłoby w ten sam żałosny sposób siedemset siedemdziesięciu siedmiu czytelników, którzy mi nieopatrznie zaufali. Byłoby przeto rzeczą słuszną, gdyby władze, powołane do ochrony zdrowia i życia obywateli, kazały spalić tak żałosną książkę, a przy jednym ognisku i jej autora. Zamilknij przeto, serce moje!

Zdławiwszy boleść, mogę powiedzieć to jedynie, że Ewcia Tyszowska wraz z kundlem Rolmopsem została przeniesiona do państwa Szymbartów, mieszkających w tym samym domu, co Tyszowski, tylko że na wysokim parterze, przy bardzo cichej, bocznej uliczce. Mieszkania w warszawskiej kamienicy niczym się od siebie nie różnią: w każdym z nich pokój tzw. stołowy jest należycie ciemny z tego zapewne powodu, aby nikt nie mógł dojrzeć, co zjada, bo czasem, gdyby ujrzał, przeszłaby mu ochota na jedzenie. Ów „pokój stołowy” posiada balkon nad studnią podwórza, a rangę mieszkania poznaje się po tym, co wisi lub leży na tym balkonie. Przeto w zimowym czasie na balkonie pysznego pierwszego piętra wiszą trzy zamarzłe na kość zajęcze zwłoki, na drugim piętrze wiszą głowami na dół już tylko dwa zające, a na trzecim piętrze nie wisi żaden. W lecie natomiast następuje przedziwna zmiana dekoracji: na trzecim piętrze płoną na balkonie trzy pelargonie, na drugim stoi beczka z kiszonymi ogórkami, a na wspaniałym pierwszym — balia do prania. Ewcia została przeniesiona z „balkonu dwóch zajęcy” na sam dół czeluści — poziom, na którym ze względu na bliskość ziemi i ludzi żaden zwierz martwy i jadalny nie mógłby się uchować. Skromne meble pana Tyszowskiego oddano do składu, Ewcia zaś zabrała ze sobą książki, odzież, fotografie i złamane serce. Mądry kundel szedł również jak na ścięcie, podkuliwszy pod siebie kosmaty ogon i jęcząc bezgłośnie w kosmatej duszy.

Poczciwa i dobra ciocia z drugiego piętra utrzymywała sąsiedzkie stosunki z panią Szymbartową z parteru. Zdarzało się czasem, że owa pani pożyczała od cioci wałek do ciasta, a ciocia od pani Szymbartowej pół cytryny w nagłych wypadkach bólu głowy, gdyż — jak to z medycyny wiadomo — dwa plasterki tego wybornego owocu, przyłożone do skroni, „wyciągają” migrenę. Był to początek zażyłości bardzo sprytnej Szymbartowej z bardzo łatwowierną panią Halicką spod Makowa. Obie damy spędzały czasem długie godziny na wytwornej i olśniewającej wymianie damskich myśli, na rozważaniu zawiłych zagadnień politycznych i bolesnym narzekaniu, że cielęcina podrożała wskutek tajnych machinacji cechu rzeźnickiego. Primadonną w tym duecie była zawsze pani Szymbartowa, znająca złośliwość świata i ohydne praktyki życia. Ciocia wzdychała jedynie do wtóru lub podnosiła ręce ku niebiosom ruchem zbolałej rozpaczy. Zdarzało się jednak ku cichej jej radości, że pani Szymbartowa zdawała się mówić: „Tobie przed sobą dank w poezji dawam!”33. Działo się to wtedy mianowicie, gdy pani Szymbartowa miała nagłe zmartwienie z mężem i nie umiała sobie dać rady na własną rękę z jego bujną i nieokiełznaną indywidualnością. Ciocia, która miała dwóch małżonków, zdobyła w tej mierze większe doświadczenie i chętnie wyjaśniała pani Szymbartowej tajemnice hodowli wąsatego potwora. Pan Wacław Szymbart nie był — prawdę powiedziawszy — naturą nazbyt złożoną i trudną do przeniknięcia; było w nim jednak coś, co nawet roztropną i mądrą jak siedmiu szatanów prawowitą małżonkę doprowadzało do głuchej rozpaczy. Wykoncypował34 on sobie ponurą metodę reakcji na małżeńskie przeżycia. Pani Szymbartowa rozumiała, że w uczciwym i kochającym się małżeństwie konieczne są bujne i hałaśliwe starcia, inaczej bowiem stadło będzie sennym stawem, a nie zajmującą instytucją. Zgodnie ze spostrzeżeniami największych filozofów i znakomitych myślicieli, tak jak drobne upominki utrwalają przyjaźń, tak drobne walki czynią to samo z małżeństwem. Nagła, niespodziewana, huczna, burzliwa utarczka powinna być „kwadransem dla zdrowia” w uczciwym małżeństwie, pod tym oczywiście warunkiem, żeby mąż zawsze schodził z placu boju pognębiony, a żona ostatnie dzierżyła słowa, tryumfalne i zwycięskie. Musiał jednak walczyć, bo tak uczynić powinien mężczyzna. Tymczasem dziwaczny ten człowiek, pan Szymbart, usłyszawszy pierwszy pomruk burzy, pierwszy — jeszcze cichy — głos lwicy, zamiast się nasrożyć i stanąć przeciwko piorunom twarzą w twarz, uśmiechał się głupkowato i słowa nie wypowiedziawszy, patrzył tępo w ścianę albo w szafę, albo w okno. Pani Szymbartowa usiłowała szaleństwem i okrucieństwem zniewag obudzić w nim tygrysa. On na to nic. Gadała jak dziad do obrazu. Ta niepojęta reakcja napełniała ją żalem i goryczą. Dlatego szukała rady u cioci, co czynić należy, aby tchnąć w niego wściekłość i krzykliwe szaleństwo.

Do powierzenia Ewci opiece pani Szymbartowej skłoniło ciocię wiele powodów, a najważniejszy był ten, że pani Szymbartowa miała córkę w tym samym wieku. Była to dziewczyna blada, zabiedzona i cicha. Patrzyła na świat wielkimi, szklanymi oczami, pełnymi zdumienia i trwogi. Ponieważ ojciec trwał zazwyczaj w milczeniu — na poły wzniosłym, na poły pogardliwym — a mama gadała sama do siebie, panna Zosia Szymbartówna wiodła dziwny żywot we własnym świecie, pełnym rojeń i zwidów. Ukryta w najciemniejszym kącie, przesiadywała godzinami, rozmyślając o tym, czego nie było nigdy i nie będzie na tym smutnym świecie. Dziewczynie tej wciąż się coś śniło w biały dzień. Cały czas jej się coś malowało na ścianie, coś jej w urojeniu łaziło po pułapie, spało w cieniu, drżało w smudze światła. Zdawało się, że nie widzi ludzi z ciała i kości, nie słyszy ich gadaniny, a czasem wrzasków, lecz wpatrzona jest nieustannie w widma, snujące się dookoła niej. Chorobliwie blada, sama była podobna do chudego, zabiedzonego ducha. Pani Szymbartowa karmiła ją surowymi jajami i poiła tranem w tak znakomitej ilości, że płynne te smakołyki zmieniały się w kość, a ta stawała w gardle nieszczęsnej dziewczyny. Straszliwe te zabiegi znosiła z pokorą i poddaniem. Matka chroniła ją przed przeciągami i najlżejszym zefirkiem, kazała jej natomiast wdziewać na noc mokre pończochy, co wpływać miało znakomicie na szybkie krążenie krwi. Pani Szymbartowa kochała córkę tą okrutną miłością, która wymyśla najdziwaczniejsze tortury, mające uszczęśliwić ofiarę. Nieprzyzwoicie i chorobliwie skąpa, nie żałowała nigdy niczego, byle zdobyć uśmiech swego jedynego dziecka. Ono jednak nie uśmiechało się nigdy. Chyba wtedy, kiedy tego nikt nie widział, gdy dziewczynka leżała z otwartymi oczami, przyglądając się cieniom. Zbudzona z zadumy ostrym zapytaniem, co się z nią dzieje, nie umiała nigdy odpowiedzieć od razu; potem zaś opowiadała niestworzone historie, których pani Szymbartowa słuchała ze zgrozą i trwogą. Wtedy, po tajemnej naradzie z duszą, matka dawała córce coś na przeczyszczenie, przenikliwie rozumując, że chorobliwa wyobraźnia rodzi się w żołądku, ten bowiem „uderza na mózg”.

Pani Szymbartowa ze skwapliwym35 zadowoleniem zgodziła się na pobyt Ewci w swoim domu w nadziei, że jej córka znajdzie w niej towarzyszkę. Drugim powodem, równie pociągającym, była dość pokaźna suma, z góry zapłacona przez pana Tyszowskiego. Układy trwały jednak przez dwa tygodnie, pani Szymbartowa bowiem nie chciała w żaden sposób zgodzić się na przyjęcie do domu psa.

Demokryt36, który rozumiał mowę zwierząt, mógłby dowiedzieć się snadnie, zamieniwszy kilka krótkich słów z Rolmopsem, że i on wcale nie pragnie pobytu w domu, w którym kość wygotowywało się do ostatniego tchnienia, a jemu na pociechę zostawi pani Szymbartowa jedynie muchy — dlatego tylko że są dla ludzi niejadalne. Ciocia obstawała jednak twardo przy warunku: „Albo Ewcia z psem, albo ani Ewcia, ani pies!”. Pani Szymbartowa popatrzyła na kundla ponurym spojrzeniem, które go oburzyło i ubodło, po czym jęknęła na temat: „Niechże będzie moja krzywda!”. Wreszcie uśmiechnęła się tkliwie i rzekła głośno:

— Ach, droga pani, czego bym ja nie zrobiła dla tego dobrego dziecka!

„Dobremu dziecku” oznajmiła pani Szymbartowa już nazajutrz, że je spotkało największe szczęście, o jakim mogło marzyć. Głosem ani zimnym, ani gorącym, lecz letnim i tak mdłym jak deszczowa woda, wyjaśniła Ewci, że dostała się do szanowanego domu, w którym mieszka uczciwość, pobożność i powaga. Nad miejscem tym polatuje jak różowy obłok wspomnienie dawnej chwały i świetności.