Zanim Ewcia zmalała czas na odpowiedź, że bieży do najbliżej trzystumetrowej przepaści, aby się w nią rzucić głową w dół, zadudniły szybkie kroki pierwszego jej prześladowcy, który — widać — osłupiał jedynie na krótką chwilę. Zwróciła się przeto szybko ku niemu i rzekła mu mało czułym spojrzeniem: „Widzisz teraz, coś narobił, idioto!”. Ostatnie to słowo, którego nie używa się nigdy jako wyrazu gorącej pochwały i oznacza w greckim oryginale „człowieka niepiastującego żadnego urzędu”, Zawidzki zobaczył, bo go nie mógł usłyszeć — co zresztą na jedno wyszło, było bowiem skierowane niechybnie pod osobistym jego adresem.
Zadyszany, zwrócił się do posterunkowego z uprzejmym zapytaniem:
— Czemu pan zatrzymuje moją siostrzenicę? Biegniemy na dworzec kolejowy...
Rzecz była oczywista — dwoje młodych ludzi, objuczonych tobołkami, spieszy do pociągu. Posterunkowy spojrzał na wszelki wypadek w oczy malarza, a spotkawszy wesoły uśmiech, doszedł w zacnej duszy do przekonania, że chociaż czasem słynni opryszkowie przybierają chytrze postać niefrasobliwą i ujmującą, jednakże w tym młodym człowieku mało jest ze zbrodniarza. Chyba że się z czasem wyrobi. Szósty zmysł granatowego, policyjnego koloru powiedział mu, że śmieszną tę parę i psa na dodatek może puścić spokojnie, toteż pożegnał ich życzliwym uśmiechem.
— Do widzenia! — zawołał malarz. — Irka, bierz nogi za pas, bo późno.
Ewcia mimo niezgłębionych strapień uśmiechnęła się z uznaniem i zaczęła biec truchcikiem, a wesoły dryblas podążał za nią.
— Nie tak prędko — rzekł półgłosem — bo następny policjant zakuje panią w kajdany.
— Ale teraz może się pan już odczepi! — odpowiedziała Ewcia, nie odwracając głowy.
— Nie mogę. Nie ulega wątpliwości, że posterunkowy patrzy za nami i bardzo by się zdziwił, gdyby wuj opuścił siostrzenicę. Ja wprawdzie sprawiłem na nim wrażenie miłe i dodatnie, lecz na moim osobistym kredycie nie można polegać. Niech pani skręci w tę ulicę na prawo... Pani chce w tę na lewo? Doskonale! Możemy pójść na lewo... Tam łatwiej o policjanta... A! Więc jednak na prawo! Widzę, że moje rady są roztropne...
Ewcia szła szybko, nie odpowiadając. Zajęta była rozmyślaniem, w jaki sposób pozbyć się tego jegomościa. Nie był wprawdzie opryszkiem i sądząc po wesołej gębie, był może nawet człowiekiem przyjemnym, lecz pogmatwał wszystkie jej plany głębokie i śmiałe. I wciąż gadał.