— Uciekamy z domu? — zapytał na pół drwiąco, na pół serio.
— To nie jest pańska sprawa! Proszę mnie nie zatrzymywać.
— Rozumiałbym, gdyby to robił chłopak, który chce zbiec na okręt do Gdyni51, ale panienka... Czy pani nie myśli, że to będzie z korzyścią dla niej, jeśli i panią, i tobołek, i tego kundla zawiodę z powrotem „na ojczyzny łono”?
Ewcia spojrzała na niego z mieszaniną rozpaczy i gniewu. W oczach miała siedem błysków — tyle właśnie, ile wedle przepisów mody powinien ich mieć świetnie wyprasowany cylinder, słynne nakrycie głowy dyplomatów i kominiarzy w poznańskiem. Bezczelny młodzieniec uśmiechał się jednakże i nie zląkł się spojrzenia, przed którym byłby zadrżał człowiek nieco mniejszego ducha. Z właściwą mężczyznom chytrą przewrotnością zmienił drwiący ton na niby przyjazny i dobrotliwy:
— Niech pani nie robi głupstw — mówił cicho. — Niech pani wraca... Siostra czy też przyjaciółka otworzy okno, ja pani pomogę wejść z powrotem. Niech pani pomyśli, co się będzie działo w domu, skoro spostrzegą pani ucieczkę? Po co mamusię przyprawiać o rozpacz i łzy? Tego psa niech pani wyprawi na koniec świata, a pani niech wraca... Proszę mi dać ten tobołek!
Ewcia nie słuchała tej świetnej i fałszywej przemowy, lecz bystrze badała sytuację. Nagle, rozważywszy wszystkie możliwości, gwizdnęła na psa i uczyniła skok antylopy na brzeg chodnika, po czym zaczęła biec niezrównanym krokiem długodystansowca podczas „biegu narodowego na przełaj”. Kundel, we wszelkich sztukach zaprawny, przemyślnie uskoczył w drugą stronę, aby zmylić napastnika, który jednakże okazał całkowitą obojętność wobec jego kosmatej osoby.
— Ach, więc to jednak nieczysta sprawa! — zakrzyknął malarz i wprawił w ruch swoje długie nogi.
Panienka zdołała znacznie go wyprzedzić i biegła jak sarna. Sarny jednakże mało kiedy dźwigają ciężkie zawiniątko, dlatego już po niedługiej chwili świetne to porównanie zaczęło tracić na wartości. Dobiegła jednakże do najbliższego skrzyżowania ulic i zniknęła za węgłem domu. Rolmops dreptał z gwałtownym i zdyszanym pośpiechem w jej ślady.
Malarz uczynił kilkanaście ogromnych kroków ponad miarę wyrośniętego dryblasa, lecz nagle zatrzymał się na moment, nieco oszołomiony, że przez niemądre wścibstwo stał się przyczyną jakiejś smutnej awantury. Ujrzał scenę niespodzianą: uciekająca z tobołkiem Ewcia wpadła w gościnnie rozwarte ramiona policjanta, który dlatego może być z odrobiną słuszności przyrównany do kwitnącej jabłoni, że jak ona zawsze wyrasta spod ziemi. Należy przy tym zauważyć, że policjant odznaczał się niezdrową ciekawością, która we wczesnych godzinach rannych jest szczególnie zaostrzona. Co prawda panienka z zadartym noskiem nawet o tej dziwnej porze mało przypominała potężnego włamywacza, wracającego z wyprawy na bank, i nie było dość poważnych powodów do mniemania, że wybiera się wraz ze śmiesznym kundlem na urządzenie społecznego przewrotu, jednakże wybujała ciekawość stróża porządku publicznego pragnęła za wszelką cenę zaspokojenia. Policjant miał wprawdzie łagodne spojrzenie na świat i minę raczej rozbawioną wesołym spotkaniem, lecz bystry obserwator byłby łatwo zauważył, że pod Ewcią ugięły się nogi — chwila jeszcze, a padnie jak kwiat kosą podcięty. Tak zawsze padały wszystkie uciśnione dziewice w dawnych romansach i autor musiał sobie zadać wiele trudu, aby je za pomocą soli trzeźwiących lub rozsądnych perswazji znowu przywrócić do życia.
— A czemu to tak prędko? — zapytał ciekawy posterunkowy.