Dziewczyna aż przysiadła, skoczywszy na chodnik, raz jeszcze skinęła ręką w stronę białego widma, porwała szybko zawiniątko, gwizdnęła cicho na psa i poczęła oddalać się szybkim, spłoszonym krokiem.

Nagle stanął na jej drodze Zawidzki, który spojrzał posępnie i równie posępnie zapytał:

— Przepraszam bardzo, ale chciałbym wiedzieć, co to wszystko znaczy?

Panna Ewa Tyszowska wydała okrzyk bardzo cichy i tak okrągły, że w druku można go wyrazić literą „o”, która wykrzyknięta w odpowiedniej tonacji oznacza zdumienie, nieoczekiwaną trwogę lub też oburzenie pomieszane z jedną trzecią częścią pogardy. Mniej więcej to samo usiłowało wyrazić jej spojrzenie. Młodzieniec jednakże wcale go się nie uląkł, z czego można było wyprowadzić nieomylny wniosek, że jest to człowiek zuchwały.

Ponieważ panienka nie chciała odpowiedzieć na pytanie, więc je powtórzył, już groźniej. Wtedy dopiero odrzekła:

— A co to pana obchodzi?

Tyle było słuszności w tych słowach, że młodzian stropił się — ale nie na długo.

— Osobiście wcale mnie to nie obchodzi — rzekł po namyśle. — Nawet gdyby pani zlazła po rynnie z dachu... Jednak gdy obywatel widzi tajemnicze historie, może słusznie przypuszczać...

— Proszę mi zejść z drogi! — rzekła Ewcia cicho, ale dobitnie.

Z niewielkim trudem, przy odrobinie mizernego czarodziejstwa można było każde jej słowo zamienić w mały kamień. Równocześnie kundel, pilnie przysłuchujący się rozmowie, dał warczeniem znak, że czuwa i że rozdarcie spodni zuchwałego zawalidrogi nie będzie dla niego zbytnim wysiłkiem. Młodzieniec jednak był uparty.