— Niech Bóg pani przebaczy!
Jedynie Szekspir50 mógłby opisać tę burzę, która się rozpętała owej nocy. My możemy tylko oznajmić niezdarnie, że pan Szymbart cucił panią Szymbartową, lejąc na nią kubły zimnej wody. Czynił to bez zbytniego pośpiechu, ze wzniosłym spokojem, i nie da się tego ukryć, że nie żałował wody. Można by nawet przypuścić, że się uśmiechał jak szatan.
Rozdział czwarty, w którym malarz goni dziewczynę, a dziewczyna bieży za psem
Jerzy Zawidzki przyjechał z Zakopanego zaspanym pociągiem o godzinie szóstej rano, zarzucił na plecy tobołek, w którym tkwiło malarskie pudło z farbami i zdążał piechotą z dworca do domu. Nie chciał ani swojego młodego wieku, ani też swojej malarskiej godności zhańbić użyciem mechanicznego pojazdu. Poranek był zresztą prześliczny i rześki, na ulicach jeszcze pusto, droga niedaleka, a tęcze, ukryte w pudełku, lekkie. Ponieważ każdemu malarzowi jest zazwyczaj lekko i na duszy, przeto pan Jerzy kroczył raźno, uśmiechając się do słońca, które — jako malarz — haniebnie okradał z blasków. Uśmiechał się też i do spotykanych ludzi; mało który jednak odpowiadał mu uśmiechem, podejrzewając słusznie, że indywiduum, które o szóstej rano okazuje przyjaźń całemu światu, musi być albo oszustem, albo też pozbawione jest zdrowych zmysłów.
Malarz wszedł w cichą, boczną uliczkę, na której — nie licząc siedemnastu wróbli — nie było widać żywego ducha. Zaułek był tak senny i cichy, że wesoły pan przestał pogwizdywać. Gdyby był tego nie uczynił z troski o spokój śpiących Polaków, byłby musiał to zrobić z innego dziwnego powodu. Przystanął i patrzył z nagłym zainteresowaniem na tajemnicze sprawy, rozgrywające się w szarym liszajowatym, sennym domu. Jedno z okien na parterze otwarto ostrożnie i bez szmeru. Ukazała się w nim głowa dziewczęca, nakryta uczniowską czapeczką. Malarz zdołał dojrzeć bystrym wzrokiem, że rozczulającą ozdobą tej głowy był zadarty nosek.
Znane są wypadki w dziejach ludzkości, że czasem ktoś o godzinie szóstej rano otwiera okno, dlatego też u nikogo nie budzi to już zdumienia. Zazwyczaj jednak ukazuje się w oknie postać ludzka niezupełnie odziana, ziewająca i rozgoryczona, że ją zmuszono do wczesnego wstania. Musiało przeto zdumieć roztropny umysł malarza, że osoba, która przed chwilą otworzyła okno, jest odziana, a — sądząc z ożywienia na obliczu — wcale nie jest senna. Ponieważ jednak ludzie miewają nieoczekiwane pomysły, byłby malarz po krótkiej chwili machnął ręką i poszedłby swoją drogą, gdyby osoba w uczniowskiej czapce nie zaczęła wyprawiać zdumiewających awantur. Przez okno spuściła na chodnik najpierw zawiniątko, a potem — o dziwo! — śmiesznego psa. Położyła ostrożnie palec na ustach, dając znak kundlowi, aby pary nie puścił z gęby, potem rzuciła się w objęcia jakiejś drugiej żeńskiej istoty, co w białym obleczeniu wyglądała jak widmo, nagle objawione.
— Co to wszystko znaczy? — zagadał malarz sam do siebie.
Ukrył się we wnęce bramy i patrzył ciekawie.
Obie żeńskie istoty ściskały się rozpaczliwie przez dłuższą chwilę, po czym „zadarty nos” wyjrzał na ulicę i pilnie rozglądał się, czy ktoś nie nadchodzi. Wreszcie siadł okrakiem na oknie i zaczął przełazić ostrożnie.
„To jakaś nieczysta sprawa!”, pomyślał malarz.