— Zbrodniarko! — zawołała ostatnim tchem. — Zamordujesz mi dziecko!
Podczas straszliwego sądu, odbytego na miejscu przestępstwa, okazało się, że Ewcia postanowiła wyleczyć Zosię z ustawicznej bladości przez zabieg prosty i na pierwszy rzut oka jedyny. Rozum chłopski dawno doszedł do nieodpartego przekonania, że jeśli ktoś stanie na głowie, to się zaczerwieni, gdyż wtedy krew z całego ciała spływa do mózgu. Nie należy, oczywiście, dopuszczać się w tym przesady, albowiem krew dobroczynna może się zmienić w tak zwaną „nagłą krew”, która zalewa nieszczęśliwca z kretesem i na amen. Tylko lotnicy umieją latać przez czas dłuższy głową w dół, nie należy jednak zalecać tego panienkom. Ewcia nie żądała od swojej przyjaciółki niezwykłości, dzięki pilnym ćwiczeniom doprowadzała ją jednak do tego, że w pewnych chwilach, po kilku minutach utrzymywania się w pozycji zgoła przeciwnej naturze, blada Zosia przypominała buraka i dojrzałego pomidora. Wierząca jednak tylko w tran i sól morszyńską pani Szymbartowa nie mogła pojąć świetnej metody Ewci, przeto i ją, i jej wyborny pomysł obrzuciła słowami wielkości kurzego jaja, jak się zwykle mówi o straszliwym gradzie. W następstwie tych okropności zostały zabronione wszystkie stosunki towarzyskie obydwu panienek i Ewcia została skazana, jako wybitnie „trędowata”, na samotność gorzką i smutną. Ponieważ Rolmops, choć tak wybitnie mądry, był dość tępy w rozmowie, Ewcia snuła swoje samotne godziny jak pajęczynę. Czasem pan Szymbart dodał jej ukradkiem otuchy i szepnął przy spotkaniu: „Czuj duch, dziewczyno!” — nieznaczną jednak było to pociechą.
Ewcia przycichła w swoim kącie jak mysz i rozmyślała nad zawiłością życia. Z Zosią utrzymywała łączność przez listy podsuwane pod drzwi, nagłe bowiem wmieszanie się pani Szymbartowej do dziewczęcych spraw przerwało brutalnie jej szerokie i śmiałe zamysły, by z bladej i wynędzniałej dziewczynki uczynić hożą dziewoję z twarzą koloru świeżej polędwicy. W jednym z tajemnych listów zaklinała Zosię na honor, przyjaźń i solidarność kobiecą, by się postarała o przedmiot należycie ciężki, najlepiej srogi kamień, i kładła go sobie na brzuchu, po czym oddychała miarowo i głęboko. Jest to wyborny sposób, używany przez śpiewaków, na wzmocnienie przepony brzusznej. Zosia dała Ewci znak przy obiedzie, że rada jest wspaniała i zostanie wprowadzona w czyn. Dziewczętom wolno było rozmawiać jedynie w obecności pani Szymbartowej. Czasem zaś poczciwy pan Szymbart był posłem i powiernikiem, lecz czynił to tak niezręcznie, że został przyłapany i wieczorem miał minę taką, jak gdyby go utłuczono w moździerzu jak cynamon.
Jeden dzień Ewci tak był do drugiego podobny jak dwie łzy z tego samego oka. Za żadne jednak skarby świata nie byłaby się przyznała w listach do pani Halickiej, że ją cokolwiek trapi. Uspokajała w nich ciotkę, że czuje się jak w raju i że jeżeli brak jej jedynie ptasiego mleka, to tylko dlatego, że wróble są zbyt ruchliwe i trudno je wydoić jak spokojną kozę. Trzeba było jednakże poskarżyć się komuś na smutną samotność. W tym dobrym celu wymyśliły panienki tak zwane „pamiętniki”, w których zapisują wieczorem wszystkie uśmiechy i łzy, radości i smutki, nadzieje i tęsknoty. Pamiętnik jest tajemną księgą, zamkniętą na siedem pieczęci. Jedynie jego właścicielka i autorka ma prawo odczytywania go pośród głębokiej nocy, kiedy nawet anioł stróż się zdrzemnął. Tak czyniła i Ewcia ze swoim pamiętnikiem, w którym zostało zapisane wszystko — aż do najcichszego westchnienia. Przypominał on wiosenny ogródek, kolorowy i śliczny, na który czasem padał deszcz. Nie padał on nigdy z nieba, lecz zawsze spływał z oczu. Książeczka ta była najserdeczniejszym, największym skarbem dziewczyny. Pamiętnik ukryty był głęboko i przemyślnie, dobywany z zachowaniem niezmiernej ostrożności, odczytywany ze wzruszeniem, pisany z wypiekami na twarzy. Gdy ojciec powróci, odczyta w nim „dzieje samotnego żywota”, niezmierną miłość i tęsknotę; dowie się o cichych utrapieniach i o każdej myśli córki. Tylko dla własnego serca i dla niego pisana była ta książeczka.
Dnia jednego, na samym początku wakacji, kiedy już wszystko w domu ucichło, Ewcia otworzyła okno, aby spojrzeć na majowe niebo. Potem, przekonawszy się, że drzwi są zamknięte, poczęła grzebać na dnie szafy, aby spod rupieci wydobyć swój skarb.
Serce zaczęło w niej łopotać. Ręce drżały.
Zaczęła szukać gorączkowo, szybko, coraz szybciej. Pamiętnika nie było.
Wtedy stało się z nią coś dziwnego — zdawało się, że jej ktoś zimną ręką wyrwał serce z piersi i że musi umrzeć, bo nie można przecież żyć bez serca.
Przeminęły długie chwile, zanim poczuła, że jednak żyje, z czego postanowiła skorzystać w sposób gwałtowny. Zapukała zuchwale do drzwi pani Szymbartowej i weszła, nie czekając na odpowiedź. Pani Szymbartowa zerwała się z krzesła i usiłowała zasłonić sobą leżący na stole kajecik. Ewcia spojrzała na nią dziwnym wzrokiem, rzuciła się ku stołowi i porwała swój skarb.
Potem rzekła z trudem: