Raniutko czatował na Ewcię i zapytał ją szeptem:
— Ewciu, jak ty to zrobiłaś?
— Przez rurkę, proszę pana. Ale to nie ja wypiłam mleko...
— Tylko kto?
— Zosia...
— I nie umarła? — zaśmiał się pan Szymbart. — To nadzwyczajne!
Nagle coś mu musiało przyjść do głowy, gdyż zmarszczył czoło i ściszył głos jeszcze bardziej.
— Powiedz mi dziewczyno... Ale tak w zaufaniu... Czy nie dałoby się w ten sam sposób z butelką? Z koniakiem ma przykład... Bo to, widzisz, czasem człowiek jest zaziębiony... Ty masz wyborne pomysły!
Bardzo żałośnie był zawiedziony, gdy mu Ewcia odmówiła pomocy w zbrodni, lecz nie umniejszyło to jego podziwu dla jej wynalazczości.
Sprawa z „kroplą mleka” stała się początkiem okresu przedziwnie burzliwego. Pani Szymbartowa byłaby odżałowała wszystkiego, jednak nie mogła przeboleć tego, że ją okpiono. Wielki jej rozum nie przewidział tak misternego cygaństwa i to ją zabolało najwięcej. Stała się przeto czujna i była wiecznie na czatach. Zbierała pilnie ziarnko do ziarnka i zapisywała wszystko w pamięci. Odkryła tłuste ślady tranu na murze za oknem izdebki Ewci; przypatrywała się z niepokojem niepokojowi swej córki; z uśmieszków męża wywnioskowała, że o czymś wie i że jest cichym wspólnikiem niezwykłych zbrodni. Poczęła wychodzić z domu głośno, a po krótkiej chwili powracała cicho i wpadała do pokoiku Zosi. Po takiej jednej zasadzce zdarzyła się awantura druga, zgoła piekielna. Nie chciała wierzyć własnym oczom, otworzywszy cicho drzwi: Ewcia stała na łóżku i trzymała nogi Zosi, stojącej na głowie. Pani Szymbartowa krzyknęła rozdzierającym głosem i rzuciła się na pomoc jedynemu dziecku.