Ewcia poczuła, jak ją policzek zaczyna piec od gorącego spojrzenia pani Szymbartowej. Przymknęła na chwilę oczy i skoczyła w ciemną przepaść.
— To ja wypiłam... — powiedziała potężnie.
— Ewciu! — krzyknęła Zosia.
Pan Szymbart spojrzał ciekawie na Ewcię, a blady uśmiech usiadł mu na wąsach jak senna mucha.
„I była chwila ciszy. I powietrze stało się głuche, milczące, jakby z trwogi oniemiało”49 — jak w Panu Tadeuszu przed burzą.
Potem twarz pani Szymbartowej przybrała barwę szkarłatną; grały na niej nagłe i przemijające błyski zdumienia, gniewu, oburzenia, rozpaczy i bezmiernej pogardy.
— Ładny przykład dla mego dziecka! — krzyknęła wreszcie z boleścią. — Miłą dziewczynkę przyjęłam pod swój dach! Ale zrobi się porządek z miłą dziewczynką! Przede wszystkim panienka nie dostanie od jutra śniadania...
— Oho! — zawołał pan Szymbart po raz drugi, pragnąc przywieść żonę do należytego umiaru w wytrysku straszliwych słów.
— A teraz spać! — zakomenderowała pani Szymbartowa.
Okazało się jednak, że głupie mleko wygnało z tego domu sen spokojny. Pani Szymbartowej nie pozwoliło zasnąć oburzenie, Ewci — odrobina strachu, co to będzie jutro, Zosi — wyrzuty sumienia, a panu Szymbartowi — zdumienie, pomieszane z podziwem.