— Proszę pani! — zaczął mówić z jakąś serdeczną wesołością. — Czy pani nie może przystanąć choćby na krótką chwilę?
— Po co? — odrzekła Ewcia sucho.
— Bo chciałbym się przedstawić...
— Mógł pan to zrobić już dawno.
— Nie było czasu, bo pani biegła, ja biegłem, więc jak? Proszę teraz przystanąć, bo muszę zdjąć kapelusz, podać pani rękę i głośno, wyraźnie wygłosić moje nazwisko.
Dojrzał uśmiech w okolicach zadartego noska, a po chwili Ewcia zatrzymała się i śmiałym, uczciwym wzrokiem spojrzała w jego oczy, nic nie mówiąc.
— Nazywam się Jerzy Zawidzki i jestem, ku rozpaczy ludzi rozumnych, malarzem.
— Ach, to dlatego... — zawołała Ewcia, nie kończąc zdania.
— Co „dlatego”? Proszę mówić śmiało!
— To dlatego tak gładko zełgał pan przed policjantem, że jestem pańską siostrzenicą.