— Proszę nie obrażać szlachetnego zawodu! To moja osobista sprawa... A teraz, kiedy mnie pani już zna, czy mogę panią prosić o rękę?

— Co takiego? — wykrzyknęła Ewcia zdumiona. — Pan mnie prosi o rękę?

— Broń mnie, Panie Boże! Chciałem jedynie, abyśmy sobie podali ręce. Tak mi się tylko uroczyście powiedziało.

Ewcia miała przez krótką chwilę taką minę, jak gdyby w nią piorun trzasnął, ale w tymże samym momencie cofnął się z okrzykiem: „Przepraszam, ale chciałem trzasnąć w kogo innego! Niech pani to trzaśnięcie uważa za niebyłe”. Z trudem pokryła bladoczerwone zmieszanie i nadrabiając miną, wyciągnęła rękę ku młodzieńcowi.

— Nazywam się Ewa Tyszowska.

— Ewa! Patrzcie... Patrzcie — zaśmiał się malarz. — A ja nazwałem panią Irką... A wie pani czemu? Mam naprawdę kuzynkę Irkę, podlotka, który łazi po drzewach sprawniej niż małpa. Kiedy zobaczyłem panią gimnastykującą się we framudze okna, wtedy mi się to przypomniało. Aha! Irka ma też taki nosek, że mogłaby bez charakteryzacji grać naczelnika Kościuszkę53 w amatorskum teatrze... O, przepraszam...

— Mój nos nie jest piękny, ale wcale się go nie wstydzę.

— Słusznie! Ja mam nogi jak czapla i też sobie nic z tego nie robię. Panno Ewo! Pogadajmy teraz jak dwoje przyjaciół. Dokąd pani idzie?

Ewa walczyła przez chwilę sama ze sobą.

— Na dworzec kolejowy — rzekła cicho. — Muszę wyjechać.