— A wolno wiedzieć dokąd?

— Nie wolno. Na co panu ta wiadomość?

— Bo to widzi pani... Ja jestem malarzem, trudno... Żadna praca nie hańbi. Każdy malarz ma jednakże takie śmieszne serce, że nie może patrzeć obojętnie na cudze zmartwienie, a pani ma jakieś wielkie zmartwienie. Byłbym ostatnim łapserdakiem, gdybym pozwolił, aby się pani czymś gryzła. Widać, los tak chciał, skoro mnie o godzinie szóstej rano zawiódł przed pani okno. Bo to ze mną jest tak...

Nagle przerwał i uderzył się ręką w czoło z rozmachem, jak gdyby chciał na nim zatłuc uporczywą muchę.

— Co się panu stało? — zdumiała się Ewcia.

— Co się stało? Nic. Przywołuję zmysły do porządku. Moje zmysły przypominają często gromadkę wróbli, kiedy w nią wpadnie rozbiegany pies. Niech pani przystanie raz jeszcze! Na chwileczkę... I niech pani odpowiada wyraźnie: jakie pani powiedziała przed chwilą nazwisko?

— Tyszowska...

— Odpowiadać proszę powoli i z namysłem. Wyskoczyła pani przez okno z domu, w którym mieszka głośny uczony, Hieronim Tyszowski. Tak czy nie?

— Tak! — odpowiedziała Ewcia, coraz bardziej zdumiona.

— Hieronim Tyszowski, zwany „człowiek-dżuma”?