— Tak.
— Więc Tyszowska wyskakuje oknem z domu Tyszowskiego. To nie ulega wątpliwości. Jak to jednak być może, skoro Tyszowski, „człowiek-dżuma”, mieszka, o ile dobrze pamiętam, na drugim piętrze, że Tyszowska wyskakuje z parteru? Jeśli Tyszowska ma coś wspólnego z Hieronimem Tyszowskim, powinna była wyskoczyć z okna drugiego piętra. Czy rozumuję logicznie?
— Najzupełniej!
— Bo ja mam wielki rozum, tylko że tak na oko trudno to spostrzec. Wracajmy jednak do rzeczy... Czemu pani nie wyskoczyła z drugiego piętra?
— Bo za wysoko! — roześmiała się Ewcia.
— Też racja! — zawołał malarz z zapałem.
— A czy pan zna Hieronima Tyszowskiego? — zapytała Ewcia z nagłym zainteresowaniem.
— Znam go i błogosławię. Przed kilku laty matka moja, którą ubóstwiam, była śmiertelnie chora. Tyszowski czynił takie jakieś dziwy, takie jakieś preparował szczepionki, że nikt inny, tylko on ocalił mi matkę.
— To mój ojciec! — powiedziała Ewcia gorąco.
— Boże miły! Dziewczyno! I pani teraz mi dopiero o tym mówi?! A cóż za spotkanie! Gdyby to można uczynić na ulicy, odtańczyłbym pewien taniec radosny, którym zawsze czczę chwile osobliwe. Zrobię to później, bo i tak ludzie na nas patrzą. Ale jednak ojciec pani mieszkał wyżej.