— Nasz młody przyjaciel doszedł do tego wniosku już przed tygodniem.

— Pójdźmy obejrzeć te drzwi! — zawołał Adaś.

Domek w parku dogorywał i dawno już postanowił się rozlecieć. Jeśli tego jeszcze nie uczynił, to chyba z lenistwa. Przechowywano w nim ogrodnicze narzędzia, grabie i motyki. Adaś wpadł do wnętrza pierwszy, za nim Wandzia-wiatronoga.

— Nie ma drzwi! — krzyknął chłopiec z osłupieniem.

— A cóż się mogło stać z nimi? — zdumiał się matematyk.

Przystanęli wszyscy, patrząc bezradnie na zawiasy, z których zdjęto tajemnicze drzwi.

— Musiano je zdjąć już bardzo dawno — mówił Adaś w zamyśleniu i jakby sam do siebie. — Zawiasy są poczerniałe i pokryte warstwą kurzu. To nie jest nowa sprawka... Nieszczęście!... Nieszczęście!...

— Czy w tym strasznym domu nie ostoją się żadne drzwi? — zawołał profesor z goryczą.

— Ja ich nie zdjąłem! — huknął matematyk.

— A ja sobie teraz przypominam, że tutaj nigdy drzwi nie było — rzekła panienka z głębokim namysłem. — Przed kilku laty, kiedy w domu było pełno, mnie na kilka dni wsadzono do tego domku, mnie i tę ciocię, co miała jedną nogę krótszą.