— Myli się szanowny pan! — zahuczał matematyk. — U nas nikt jeszcze za ludzkiej pamięci nie płacił za gościnę.
Apelles stropił się cokolwiek i począł przepraszać, że bezwiednie obraził czcigodny dom.
Dano mu izbę, tuż za pokojem profesora, i oznajmiono, że wieczerzę podają zaraz po zachodzie słońca.
— Prawda, że to jakiś zabawny człowiek ten malarz? — rzekła Wandzia do Adama.
— Bardzo zabawny, a widziała pani jego ręce?
— Nie patrzyłam. A jakież on ma ręce?
— Jak goryl! — rzekł Adaś krótko.
Wieczorem przy stole rozmowa nie kleiła się; jedyną klejącą się rzeczą był kleik, pożerany w nadmiernych ilościach przez matematyka, który tej szpitalnej potrawie przypisywał wyborne właściwości, doskonale wpływające na substancje mózgowe. Malarz gadał mało, jakby onieśmielony, i bystrymi oczami przyglądał się zebranym. Po długiej i nudnej przygrywce pustych słów i takich genialnych spostrzeżeń, że ludzie żywiący się kwaśnym mlekiem mają skłonność do długowieczności, matematyk oznajmił:
— Trafił pan na zły dzień w tym domu, więc niech się pan nie dziwi, że wszyscy przypominamy kwaszone ogórki. Chociaż mnie osobiście wydaje się to raczej zabawne niż tragiczne.
— Zależy, z jakiego punktu widzenia patrzy się na życie — zauważył malarz. — Śmiem tak oświadczyć, chociaż nie wiem, co zaprzątnęło umysły szanownych państwa.