— Nie mam zamiaru ukrywać, że z wyrokiem śmierci. Odwlekałem, jak długo mogłem... Robiłem, co mogłem, nie da się jednak dłużej. Jest źle, jest bardzo źle! Przepraszam, że to opowiadam przy młodym człowieku...

— To serdeczny przyjaciel — mówił profesor. — Panie kochany! Czy nie byłoby sposobu odwleczenia ostateczności?

Urzędnik zamyślił się.

— Gdyby brat pański zapłacił w tej chwili jakąś sumę...

— Powiedzcie mu, że mnie nie ma w domu! — huknął z wnętrza domu zawiesisty bas matematyka.

— Słyszy pan, panie profesorze? Brata pańskiego nie ma w domu... Niestety, jest jednakże dom, są stajnie i obory.

— Ale i ja jestem — rzekł staruszek z mocą. — Niech pan będzie tak dobry i pójdzie do mego pokoju. Piotrusiu, idź, uspokój Wandzię i jej matkę... Służę panu!

Podczas obiadu oznajmił matematyk zdumionej ziemi rodzinnej:

— Był tu podobno komornik... nudna figura... Ale odjechał, nic nie wskórawszy. Zdumiewającą jest rzeczą, jak ja onieśmielam tego człowieka!

Pani Gąsowska spojrzała w tej chwili na profesora oczami tak jeszcze mokrymi po niedawnych łzach jak niebo po gwałtownej burzy.