— Drzwi nie obchodzą mnie wcale — odrzekł przybysz wesoło zdumiony. — Przynajmniej bardzo rzadko... Czasem muszę przybić na nich groźny papier. Mnie, proszę państwa, obchodzą konie, krowy, świnie i zboże. Prawdę mówiąc, przyjechałem, aby obejrzeć żywy i martwy inwentarz.

— Czy pan jest kupcem? — zapytał Adaś, spoglądając podejrzliwie.

— Jestem złym kupcem, młody panie... Zdaje mi się jednakże, że ta śliczna panienka widziała mnie tu już nie raz jeden... Jeśli się nie mylę: panna Wanda?

— Pan komornik! — zawołała cicho Wandzia, bacznie mu się przyjrzawszy.

— Do usług... — rzekł przybysz z wdzięcznym ukłonem.

Trzy serca jęknęły w jednej molowej tonacji275.

— Mamie znowu zrobi się słabo! — szepnęła dziewczyna i wbiegła do domu.

Domniemany zbójca oznajmił strapionemu panu profesorowi, że Bejgoła znajduje się u schyłku. Na mająteczku więcej wisi długów niż suszących się na płocie płacht; wedle pobieżnego obliczenia z żywego inwentarza można ocalić jedynie muchy wewnątrz domu i motyle na łąkach.

— Brat pański — mówiła urzędowa osoba, poznawszy, z kim ma do czynienia — jest najmilszym człowiekiem, a bratowa pańska jest świętą kobietą. Jej tylko możecie państwo zawdzięczać, że w waszym odwiecznym domu nie siedzą jeszcze obcy. Ja znam dobrze każdy dzień, każdą chwilę tego domu. Serdecznie mi żal pana Gąsowskiego. To podobno genialny człowiek, tylko że mało zna się na gospodarstwie.

— Z czym pan teraz przyjechał, szanowny panie? — pytał smutno profesor.